czystasoda@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pomocne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pomocne. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 kwietnia 2014

Jak robić w życiu to, co się chce

Kiedyś ktoś zadał mi pytanie: Czym jest dla ciebie sukces? Bez głębszego zastanowienia odpowiedziałam: sukces to realizowanie mojej pasji i zarabianie na niej takich pieniędzy, żeby nie musieć robić zarobkowo czegoś, co nie jest moją pasją.

Codziennie spotykam ludzi, którzy idąc do pracy myślą tylko o tym, żeby z niej wyjść, potem są zbyt zmęczeni, żeby realizować swoje pasje. To się dzieje każdego dnia. I tak do 65 roku życia. To ludzie, którzy „zahaczyli się” w supermarketach, call center, firmach produkcyjnych, tylko „na chwilę”, żeby wyprowadzić się od rodziców, opłacić rachunki, kupić sobie coś ładnego, pojechać na festiwal muzyczny latem albo sprostać presji społecznej i uciąć gderanie rodziców: powinieneś iść do pracy. To ludzie, którzy wpadli w pułapkę.


Być może jesteś jednym z tych ludzi, a być może jesteś na najlepszej drodze do tego, by się takim stać. Być może nie wiesz, co chcesz w życiu robić? Świetnie, że tu trafiłeś właśnie w tym momencie, bo mam dla Ciebie kilka esencjonalnych rad i inspiracji, które sprawią, że Twoje życie będzie Twoim sukcesem.

1.    Po pierwsze zadaj sobie pytanie jaka jest Twoja pasja, Twoje hobby? To nie prawda, że praca to praca, a na zainteresowania mamy czas wolny. Ludzie, którzy odnieśli największy sukces zarówno zawodowy jak i osobisty to ci, którzy wytrwale realizowali swoją pasję, poświęcili się jej i dzięki temu stała się ona ich głównym źródłem dochodu. Myślisz, że Twoja pasja nie ma nic wspólnego z biznesem? Nic bardziej mylnego.

Asia bardzo lubiła sport i aktywność fizyczną. Została instruktorką fitness, trenerem personalnym, szkoleniowcem i prezenterką Profi Fitness School. Prowadzi bloga na którym opisuje swoje fitnessowe, biegowe i podróżnicze doświadczenia. Na życie zarabia realizowaniem swoich zainteresowań.

Gosia całe życie była miłośniczką zwierząt. Pasjonowały ją koty, szczególnie brytyjskie. Gdy już kupiła wymarzoną kotkę postanowiła założyć hodowlę kotów brytyjskich, skupiając się na wychowywaniu kociąt tak, by stały się najlepszymi przyjaciółmi człowieka. I całkiem fantastycznie jej to wychodzi.

Michał dorastał w polskim świecie fandomu. Uwielbiał gry RPG, planszówki, konwenty fantastyki. Założył wydawnictwo Kuźnia Gier, która jest aktualnie jedną z najbardziej liczących się firm projektujących i produkujących gry na rynku polskim. Działa też w innych komercyjnych projektach około fantastycznych, a jego stateczne życie zawodowe i osobiste związane jest z fantastyką.

Tomek, którego pierwszej książki recenzję zamieściłam tu jakiś czas temu po prostu lubił pisać bloga. O życiu, o związkach damsko-męskich, o mediach, w charakterystycznym dla siebie, nonkonformistycznym stylu. Jeden z najbardziej wpływowych blogerów w Polsce. O tym, że utrzymuje się z pisania własnego bloga i to na całkiem znakomitym poziome możecie przeczytać w jego książce (i się zainspirować).

Natalia, pasjonatka nowinek technologicznych, gier komputerowych i całego geekostwa. Jakiś czas temu założyła fanpage na Facebooku o nazwie Jestem Geekiem. Pomysł rozrósł się do tego stopnia, że powstał osobny portal internetowy z ogromną liczbą odwiedzających. Natalia podchwyciła również pomysł organizacji wieczorków tematycznych „Pog(r)adajmy”, które funkcjonowały już w innych miastach i raz w miesiącu prowadzi takie spotkania w katowickiej Cybermachinie. I wciąż dostaje kolejne, lukratywne, geekowskie propozycje.

Ja jestem socjologiem z końską pasją od dzieciństwa. Właśnie założyłam firmę, horse coachingową, w której konie uczą ludzi, pomagają rozwiązywać ludzkie problemy, m.in. z komunikacją, osiąganiem celów, asertywnością, radzeniem sobie ze stresem czy pewnością siebie. I to jest mój klucz do sukcesu.

To tylko kilka wybranych przeze mnie przykładów. Każde hobby można przekuć na biznes. Jeśli Twoją pasją jest wspinaczka wysokogórska może pomyślisz nad założeniem firmy myjącej okna w drapaczach chmur?


2.    Przejrzyj listę PKD
Jeśli po lekturze poprzedniego punktu dalej nie do końca wiesz, co chcesz w życiu robić poświęć trochę czasu na przejrzenie listy Polskiej Klasyfikacji Działalności, koniecznie wraz z objaśnieniami, jakie konkretnie działalności podlegają pod poszczególne działy. Taką listę znajdziesz np. tu. Wyobraź sobie siebie w poszczególnych branżach, może przy którejś pozycji poczujesz przyjemny dreszcz i wenę? Tak czy inaczej będzie to refleksyjne, a zapewne i inspirujące doświadczenie.

3.    Zajrzyj na stronę Twojego Urzędu Pracy i spójrz jakie bezpłatne kursy organizują. Wózki widłowe, choć wciąż popularne, to już stereotyp i przeszłość. Na przykład chorzowski Urząd oferował ostatnio kurs pracowników lotnisk, stewardess, czy florystyki z elementami decoupage. Dla osób zarejestrowanych w urzędzie często są to płatne kursy, tzn. urząd płaci bezrobotnemu za odbycie takiego szkolenia. Wiele firm i instytucji organizuje również własne, bezpłatne kursy finansowane ze środków unijnych. Co ci szkodzi?

4.    Co dwie głowy to nie jedna.
Jeśli jakimś cudem wciąż nie masz pomysłu na to, czego chcesz od życia to pole do popisu oddajemy zasadzie: z ilości jakość. Ten punkt będzie wymagał od Ciebie 2 rzeczy: szczerej i prawdziwej chęci do robienia w życiu tego, czym będziesz się świetnie bawił (obojętnie czy wiesz czym jest owo „coś” czy nie) oraz kontaktu z ludźmi. Ze znajomymi, znajomymi znajomych, przypadkowymi znajomymi i starymi znajomymi. Wystarczy, że podczas spotkań towarzyskich, pogawędek internetowych czy przy innych okazjach do rozmowy wspomnisz, że chciałbyś ciekawą pracę, nową pracę, pożądasz zmiany etc. Prędzej czy później zaczną napływać informacje zwrotne i propozycje, spośród których będziesz mógł wybierać lub czerpać inspirację. Wierz mi.

5.    I ostatnia rzecz, czyli czego z pewnością nie rób.
Wiesz, że Twój znajomy dorobił się na dystrybucji pierogów, imporcie wody mineralnej z Włoch czy handlu chińskimi butami na bazarze i, mimo, że temat jest Ci zupełnie obcy, myślisz sobie: skoro on na tym zarabia, to ja też zgarnę  swoją mini fortunkę. Zwykle o tym, że jemu się udało zadecydował szereg warunków zewnętrznych. Na wakacjach w Turcji spotkał tambylca, z którym przy rakii zrobił deal na tanie produkty. Albo pracował jako handlowiec od soków przez kilka lat, zjadł na tym zęby, a otwarcie swojej firmy było już czystą formalnością. Albo ciotka przyjaźniła się z babcią z jarzynowego i od niej się dowiedziała, że ta od butów zwija interes, bo wyjeżdża do Olsztyna i będzie na targowisku wolne stoisko i do tego z monopolem obuwniczym. Podchwycenie pomysłu, który nie ma z Tobą wiele wspólnego jako droga na skróty to pułapka dla ludzi niemądrych i leniwych. W dodatku na przekonanie się o prawdziwości tych słów nie będziesz musiał długo czekać. Także jeśli punkt piąty dziwnie wyraźnie odwzorowuje Twoje podejście do życia, wróć, hardy biznesmenie, do punktu 1.


Jeśli dotarłeś do tego miejsca a w Twojej głowie wciąż pustka i zniechęcenie mam dla Ciebie ostatnią, niezawodną radę: ZMIEŃ NASTAWIENIE. I nie zapominaj, że Twoje obecne okoliczności nie determinują dokąd możesz dojść. One określają jedynie skąd możesz wystartować!

piątek, 11 kwietnia 2014

Foch - 7 sposobów w jakie zabija

Człowiek rozumny żyje po to, żeby było mu dobrze. Z racjonalnego punktu widzenia wszystkie myśli i działania powinny być podporządkowane temu jednemu imperatywowi. I w bardzo subiektywnie rozumianej teorii tak jest. Wydaje nam się, że negatywne emocje ubrane w popularnego focha dadzą nam poczucie zadośćuczynienia i satysfakcję, że przybliżą nas do celu, a w konsekwencji że są dla nas czymś pozytywnym. I mamy rację. Wydaje nam się.



W rzeczywistości fochy są bardziej destrukcyjne niż mogło by się wydawać. Nie tylko dla naszych relacji z ludźmi, ale też dla wizerunku, reputacji i przede wszystkim zdrowia psychicznego.

Zanim jednak przejdę do przekonywania Was dlaczego powinniście zacząć pracę nad sobą jeśli temat jest Wam szczególnie bliski przedstawię schemat typowego focha:

1.    Najpierw jest sielanka
2.    Potem pojawia się sytuacja, w której z jakiegoś powodu poczujemy się źle. Być może poniżeni, niedocenieni, niesprawiedliwie potraktowani.
3.    Wówczas strzelamy focha, czyli obrażamy się, nie odzywamy, zamykamy na wszelki dialog.
4.    Pozostajemy w tym stanie nie podejmując absolutnie żadnych prób wyjaśnienia o co nam chodzi, ewentualnie stajemy się oschli, cyniczni, sarkastyczni lub opryskliwi.
5.    Foch mija najczęściej wtedy, gdy sami zapominamy co takiego go spowodowało (często nawet nie jesteśmy w stanie określić klarownie jego przyczyny), ewentualnie gdy sprawą zainteresuje się osoba z umiejętnościami terapeutycznymi; znane są też przypadki, że nigdy.

A oto 7 rzeczy dlaczego foch to zło:

1.    Po pierwsze i najważniejsze, foch najbardziej uderza w nas samych. Najgorzej czujemy się my. Dręczeni od wewnątrz negatywnymi uczuciami, przybici, pozbawieni energii. Na co to komu? O ile cudowniej byłoby zamiast tego czuć się radośnie, być z kimś blisko, uśmiechać się do siebie?

2.    Foch nie załatwia sprawy. Jeśli coś leży Ci na wątrobie jedynym, powtarzam JEDYNYM skutecznym sposobem abyś poczuł się lepiej jest wyrzucenie tego z siebie, rozmowa i wyjaśnienie sytuacji. Każda inna podjęta lub niepodjęta przez Ciebie forma rozwiązania sprawy sprawi, że będziesz czuł się jeszcze gorzej.

3.    Foch jest toksyczny dla związków międzyludzkich. Powiedzmy sobie szczerze, nikt nie ma ochoty spędzać czasu z osobą, której domeną jest obrażanie się, po której nie wie czego i kiedy się spodziewać. W jednej chwili jest roześmiana, a za chwilę foch na imprezie, ciche dni na wyjeździe lub może bardziej spektakularne akcje. Regularnie kłócące się pary, bo któreś z nich zawsze strzeli bezsensownego focha to zmora niejednej paczki przyjaciół. Znasz to skądś?

4.    Foch to marnowanie czasu. Fochem obdarzamy zwykle dość bliskie albo nawet bardzo bliskie osoby. Te same, z którymi uwielbiamy spędzać czas, przy których czujemy się dobrze, których brak odczuwamy szczególnie boleśnie. Im dłużej i częściej utrzymujemy je na dystans focha tym więcej cudownie spędzonego czasu świadomie wymieniamy na przykre i samotne chwile.

5.    Foch to manifest niedojrzałości. Jeśli w ten sposób próbujesz rozwiązywać swoje życiowe problemy bardzo szybko przestaniesz być traktowany poważnie, ludzie przestaną brać Cię pod uwagę i liczyć się z Twoim zdaniem. Z czasem też zaczną Cię unikać.

6.    Może nas ominąć coś ważnego. Kiedy tak jesteśmy sobie obrażeni, zamknięci na cztery spusty w sobie lub w domu mogą się pojawić różne propozycje i opcje spędzenia czasu, które nie zostaną nam przedstawione, bo nikt nie ma ochoty spędzać czasu z niesympatyczną i naburmuszoną osobą. Strzeżmy się więc strzelania fochów w weekendy i w sezonie grillowym.

7.    Foch jest bezcelowy. Zwykle zależy nam na tym, żeby to ta druga osoba poczuła się źle. Nikt jednak nie będzie się czuł gorzej niż my sami, jeśli nie wie z jakiego powodu miałby się tak czuć. Przypomnij sobie ostatnią reakcję na Twojego focha. Jest to albo ignorowanie, albo  przeczekanie albo matczyna wręcz próba udobruchania i uspokojenia. Pamiętasz nadal, w jakim celu strzeliłeś focha?



Fochy są często tak wyuczoną reakcją ludzką, że wydaje nam się, iż są elementem naszej osobowości, czy nawet błędnie mylimy je z dumą. Zważywszy jednak na ich bezcelowość, na straty, jakie generuje, na złudne korzyści, które wydaje nam się że przynosi, powinniśmy za każdym razem, gdy przyjdzie nam „ochota” na focha wrócić myślami do tego tekstu. Jeśli trudno nam opanować swoje emocje i momentalnie wyprzeć wyuczone zachowanie, weźcie głęboki oddech i przywołajcie  pozytywną myśl względem własnej osoby. Nasz umysł nie potrafi myśleć jednocześnie o negatywnych i pozytywnych rzeczach. To niezawodna metoda, tylko musicie chcieć z niej skorzystać i zdać sobie sprawę, że foch to nie element życia społecznego, a problem.


Zobacz również:

wtorek, 25 marca 2014

O konwentach fantastyki

Jako, że jestem świeżo po kolejnym, fantastycznym konwencie fantastyki i wrażenia jeszcze nie opadły, dzisiejszy artykuł będzie poświęcony właśnie konwentom. Co to w ogóle jest, co się tam robi i dlaczego ludzie przyjeżdżają z najdalszych zakątków kraju, żeby uczestniczyć w takim wydarzeniu.  W skrócie – będzie o konwentach dla laików.

Screen z filmu promującego Pyrkon 2014

 Czym jest konwent?

Konwent to po prostu zlot fanów. Na konwenty fantastyki zjeżdżają osoby zainteresowane różnymi jej formami. Są tam fani gier planszowych, karcianych, papierowych RPG, gier komputerowych, gier bitewnych (makieta+figurki), fani komiksów, książek fantasy i s-f, cosplayerzy (osoby przebrane za bohaterów ze świata fantastyki), LARPowcy (osoby wcielające  się w rolę na dłużej, odgrywające swoje postacie), fani mangi i anime, miłośnicy alternatywnych rzeczywistości, minionych epok i różnych wizji przyszłości.


Rodzaje konwentów

Konwenty mogą przybrać bardzo różną formę. Jednym z najpopularniejszych rodzajów są tzw. konwenty szkolne, które odbywają się w budynkach szkół lub domach kultury.  Gdy taki konwent zyska popularność i się rozrośnie może stać się festiwalem połączonym z targami, jak np. Pyrkon, którego 14-ta edycja odbyła się w miniony weekend w Poznaniu i przyciągnęła blisko 25 tys. osób.



W okresie letnim popularne stają się konwenty terenowe, odbywające się na świeżym powietrzu. Najczęściej są one ściśle związane z jedną konwencją, np. fantasy (elfy, krasnoludy, smoki), czy postapo (świat po zagładzie nuklearnej).

Konwenty mogą być ogólnofantastyczne, gdzie każdy powinien znaleźć coś dla siebie, lub tematyczne, np. konwent mangowy, konwenty połączone z LARPem w świecie fantasy (np. Orkon, Flamberg), czy w świecie postapokaliptycznym  (np. Ziemie Jałowe, Old Town).

Wreszcie konwenty mogą skupiać się wokół jednej, dominującej aktywności, np. konwenty gier planszowych, RPG, gier komputerowych, LARP, lub łączyć różne aktywności „pod jednym dachem”.

Czas trwania konwentów. Konwenty szkolne najczęściej odbywają się w weekendy. Od piątku do niedzieli lub tylko w sobotę i w niedzielę. Rzadziej są to konwenty jednodniowe. Konwenty terenowe to często 4-5 dni do tygodnia, a więc warto zaplanować taki wyjazd jako alternatywna forma spędzenia urlopu.


Co czeka na uczestnika konwentu?

Kilka formalności. Przede wszystkim należy mieć ze sobą dowód osobisty lub zgodę rodziców w przypadku osób niepełnoletnich. Dokument będzie potrzebny podczas akredytacji. Uiszczamy wówczas opłatę za konwent i otrzymujemy identyfikator. Warto zastanowić się nad konwentową ksywą, którą umieścimy na identyfikatorze, bo niewielu ludzi w fandomie (osoby związane z fantastyką) używa swojego imienia.

Program. Na uczestników typowego konwentu czeka program, z podziałem na bloki tematyczne i godziny, w którym warto już wcześniej zaznaczyć interesujące nas aktywności. Mogą to być prelekcje, konkursy, warsztaty, sesje RPG czy cokolwiek innego. Program publikowany jest wcześniej na stronie konwentu, ale też z reguły otrzymujemy wersję papierową podczas akredytacji. Polecam przejrzenie bloku konkursowego, bo biorąc udział w quizach i turniejach możecie zdobyć nagrody lub „pieniądze konwentowe”, za które kupicie gry, książki i inne ciekawe rzeczy w specjalnym punkcie wymiany nagród.

Suweniry. Na większości konwentów rozstawione są stoiska wydawnictw growych, książkowych, gadżetowych. Kupicie tam planszówki, karcianki, biżuterię, kości do gry, podręczniki, książki, komiksy, koszulki i odzież oraz różne bardzo dziwne rzeczy. Gośćmi konwentów są często pisarze, autorzy podręczników i twórcy gier. Możecie wybrać się na spotkanie autorskie, zrobić wspólne zdjęcie, zdobyć dedykowany autograf czy zwyczajnie porozmawiać.


Noclegi. Jeśli uczestniczymy w konwencie kilkudniowym z reguły otrzymujemy również darmowy nocleg, pod warunkiem wykupienia pełnej akredytacji (a więc na cały konwent, a nie na wybrane dni). Na konwentach szkolnych zwykle wydzielane są sale, które pełnią rolę sleep roomu. W takim pomieszczeniu mamy kilkanaście lub kilkadziesiąt metrów podłogi, na której rozkładamy swoje legowisko. W sleep roomach zwykle obowiązuje cisza nocna. Jest to opcja bezpłatna. Konwenty organizowane w większych miastach mają często ofertę bazy noclegowej poza konwentem, w hotelach i hostelach, jednak wówczas ponosimy dodatkowe koszty. Konwenty terenowe odbywają się często pod namiotami, a w ramach pełnej akredytacji możemy korzystać z pola namiotowego.

Sanitaria. W zależności od miejsca konwentu możemy mieć do dyspozycji bieżącą wodę lub jej nie mieć :) Na konwentach szkolnych na pewno będą umywalki i ciepła woda. Zdarzają się też prysznice. Najmniejsze kolejki są w godzinach wczesno świtowych. Na konwentach terenowych różnie to bywa, jednak organizatorzy zawsze coś zorganizują i tak np. w 2013 roku zarówno na Ziemiach Jałowych jak i na Rafinerii, konwentach odbywających się „poza wszelką cywilizacją” stanęły prysznice polowe, zapewniające niemniejszy luksus niż toaleta dla inwalidów w McDonaldzie w trakcie powrotu z wakacji. Obowiązkowo zobaczycie też toi toie.

Knajpa konwentowa. Z reguły organizatorzy konwentu zawierają porozumienie z pobliską knajpą lub pizzerią. Po okazaniu identyfikatora czekają tam na konwentowiczów spore zniżki. Jest to też świetne miejsce integracyjne, w którym poznacie się przy piwku czy herbacie i wspólnie wymyślicie szesnastą zwrotkę antyelfickiej pieśni krasnoludów.


Co przygotować wcześniej?

 Podstawowym wyposażeniem konwentowicza jest śpiwór i karimata (choć znane są przypadki ich braku). Warto też mieć ze sobą menaszkę (lub po prostu kubek) i jakiś sztuciec. Na konwentach terenowych obowiązkowo dochodzi latarka i jakiś scyzoryk.


Jeśli planujecie wziąć udział w LARPie warto przygotować sobie elementy stroju w danej konwencji, w końcu będziecie odgrywać postacie całym sobą.

Jeśli cały konwent to LARP musicie się bardziej postarać i przygotować strój, w którym będziecie występować przez cały czas trwania LARPa (więcej użytecznych informacji znajdziecie na stronach i forach poświęconych konkretnym konwentom).

Gdy nastawiacie się na konkursy możecie przygotować się pod konkretną tematykę, np. przed konkursem wiedzy o Star Wars obejrzyjcie jeszcze raz całą serię. Znane są przypadki, nie tak rzadkie, kiedy koszty akredytacji zwróciły się w nagrodach.

Na  większe, ogólnofantastyczne konwenty możecie przygotować całe przebranie, czyli tzw. cosplay (costiume playing) waszego ulubionego bohatera. Niewykluczone, że zostaniecie gwiazdą konwentu a ludzie będą sobie z wami robili zdjęcia.

Oczywiście możecie też nic wcześniej nie robić, ale gwarantuję, że jako nowicjusze na konwencie o wiele lepiej będziecie się bawić, gdy coś już sobie wcześniej zaplanujecie.


 Dlaczego TY powinieneś pojechać na konwent?

Coraz więcej konwentów nastawia się na nowicjuszy. Organizowane są całe bloki tematyczne i punkty informacyjne dla osób, które pojawiły się na konwencie po raz pierwszy. Nie musisz być wyjadaczem w żadnej z dziedzin fantastyki, ba, nie musisz nawet mieć zielonego pojęcia o tym, co dzieje się na konwencie, żeby dobrze się bawić. Pamiętaj, organizatorami konwentów są osoby z pasją i misją szerzenia fantastyki.


Skąd czerpać wiedzę o nadchodzących konwentach?




Najprostszym sposobem jest odwiedzanie strony Informatora Konwentowego, gdzie znajduje się pełna, na bieżąco aktualizowana tabela wszystkich konwentów odbywających się w Polsce. Są tam też relacje  z minionych konwentów i galerie zdjęć. Na tej podstawie wybierzcie to, co Was najbardziej interesuje.






Na koniec kilka polecanych przeze mnie imprez około fantastycznych, na które zdecydowanie warto się wybrać:


1.    Grojkon – z roku na rok zdobywający coraz większą popularność konwent szkolny w Bielsku-Białej

2.    Bebok – kameralny konwent gier planszowych i RPG oraz z blokiem improwizacyjnym w Bytomiu.

3.    Pyrkon – Poznań. Największy w Polsce konwent fantastyki połączony z targami. Oprócz typowego programu Pyrkon przygotowuje szereg eventów towarzyszących.

4.    ZiemieJałowe – konwent terenowy połączony z LARPem w klimacie postapokaliptycznego westernu. Odbywa się na terenie opuszczonej kopalni w Będzinie.

5.  Szedariada - kameralny konwent we Wrocławiu, reaktywowany po 10 latach przerwy, ogólnofantastyczny z nastawieniem na jakość, nie na ilość.

piątek, 29 marca 2013

"Bloger" Kominka – najlepsze zawsze zostawiam na koniec.




  Z nowoczesną blogosferą po raz pierwszy zetknęłam się niecałe dwa lata temu. Pracowałam wtedy nad kampanią marketingową portalu StudentsWatch i zastanawiałam się, jak dotrzeć z genialnym pomysłem do mas, które wypaczone spamem odrzucają każdy podesłany link, nawet okraszony zdaniem bardzo spersonalizowanego wstępu. Wiem, bo sama tak właśnie robię. Znajomy branżowiec podsunął mi wtedy pomysł zrobienia kampanii z jednym z poczytnych blogerów. Blogerów? A co mają wspólnego pismaki internetowych pamiętników z marketingiem? Zaczęłam drążyć temat. Osoba, której adres dostałam nie przypadła mi do gustu, ale po nitce do kłębka trafiłam w sam środek polskiej blogosfery, która nie miała nic wspólnego z wyobrażeniami o blogach, jakie znajomi prowadzili w czasach ogólniaka. Między innymi trafiłam na bloga Kominka.





   Był to blog inny niż wszystkie, drażnił mnie bezkompromisowością, irytował butą, sprawiał, że czułam się bezsilna, bo przewidywał i kontrował każde zdanie, które w emocjach chciałam sprzedać autorowi. Nie były to emocje, jakich potrzebowałam, dlatego odstawiłam adres na półkę, jednak o nim nie zapomniałam. Jakieś pół roku później Facebook poczęstował mnie informacją o możliwości subskrypcji Tomka Tomczyka. Pamiętając kontrowersyjne wpisy na Kominku z czystej perwersyjnej ciekawości zaczęłam obserwować jego aktywność. Tego dnia przybyło mu parę setek subskrybentów. O dziwo, niemal wszystkie publikacje jego statusów okazały się nad wyraz ciekawe, intrygujące, nie raz pomocne. To właśnie dzięki nim po raz kolejny trafiłam na bloga. Artykuły, które pojawiły się od ostatniego razu były tak wciągające, że przeczytałam je jednym tchem, po czym spędziłam wiele godzin rozpracowując archiwum.



  Pewnego dnia zauważyłam na blogu informację o tym, że Kominek wydał książkę. Pobudzona wyobraźnia już wdychała zapach świeżego druku, a książka dotarła 2 dni później pod moje drzwi. A niech mnie, jeśli okaże się to stekiem samouwielbieńczych westchnień – pomyślałam, odginając błyszczącą okładkę. Zaczęłam czytać.

   Tak, między stroną 15 a 334 znajduje się poradnik dla osób, które prowadzą lub chcą prowadzić bloga. Jest to fantastyczna wiedza know how, solidna, oparta na doświadczeniach, analizach i przemyśleniach, poparta setkami przykładów. Język, jakim posługuje się autor trafi do każdego czytelnika, a podobny jest do tego, którym posługiwał się Allen Carr w swojej prostej metodzie rzucania palenia. Właściwie nie wyobrażam sobie lepszego poradnika dla osób, które publikacjami w sieci tworzą wokół siebie społeczność. Nie chodzi tylko o blogi - praktyczne fundamenty znajdzie tam każdy twórca treści, nastawiony na odbiór. Jednak to, co jest naprawdę niezwykłe puszcza oko we wstępie i miażdży w epilogu. Bowiem prawdziwa jazda zaczyna się na stronie 335. Trzydzieści stron przeczytane jednym tchem, lepsze niż Harry Potter, lepsze niż Pilipiuk, lepsze niż wywiad-rzeka z Quentinem Tarantino.



  „Blogera” możecie zamówić w księgarni internetowej wydaje.pl w formie papierowej lub e-booka. Dodam, że papier doskonale wydany, ciężkie to, żadnej gazetówki, warto. Od kilku dni dostępny również audiobook, gdzie ostatnie 30 stron czyta Borys Szyc wraz z Kominkiem.

poniedziałek, 4 marca 2013

Rzęsy metodą 1:1


  Sztuczne rzęsy zakładałam trzy razy w życiu. Raz przed Woodstockiem w 2011 roku, drugi raz przed Woodstockiem w 2012 roku i trzeci raz miesiąc temu. Nie przypuszczałam, że napisze o tym na blogu, gdyby nie Elżbieta Okupska.

  Usługa przedłużania rzęs metodą 1:1 (jedna sztuczna rzęsa przyklejana do jednej naturalnej) weszła na polski rynek kosmetyczny parę lat temu tworząc godną uwagi alternatywę dla wielu kobiet, które codziennie poświęcają zbyt dużo czasu na poranny makijaż. Metoda cieszy się ogromną popularnością zwłaszcza w okresie letnim, kiedy upał i woda nie idą w parze z wytuszowanymi rzęsami. Równie często z zabiegu korzystają panie, które chcą wyglądać świetnie, budząc się rano obok (ukochanego lub nie) mężczyzny.


  Początkowo zabieg oferowało niewiele salonów kosmetycznych, a tam, gdzie był możliwy, kosztował majątek: ceny wahały się od 200 do ponad 500zł. Dziś niemal każde studio urody posiada mniej lub bardziej wykwalifikowaną osobę, która już za niewielkie pieniądze będzie dłubała przy cudzych powiekach przez 3-4 godziny. Przynajmniej raz w miesiącu na serwisach grupowych zakupów znajdziemy ofertę przedłużania rzęs metodą 1:1 za dumpingową cenę 30-50zł. Ponadto czarny rynek kosmetyczny kwitnie i nie jest trudne znalezienie osoby, która doklei nam w domu rzęsy na własnej kozetce za ok 100zł.

  Jak to właściwie jest z tym doklejaniem rzęs i dlaczego nikt nam nie da gwarancji, że wydając na zabieg 200zł w salonie dostaniemy najwyższą jakość usługi, a idąc do dziewczyny „z ogłoszenia” wrócimy bez powiek? Przyjrzyjmy się pokrótce elementom składowym takiego zabiegu.

  Po pierwsze materiały, czyli rzęsy i klej. Po pierwszym zabiegu (domowa kozetka z ogłoszenia) wyglądałam jak gwiazda filmowa płci transwestyta. Podczas drugiego zabiegu (salon z gruponu) wylałam dwa morza łez: gdy klej dostawał mi się do oczu oraz gdy próbowałam je otworzyć, rozrywając „zrośnięte” powieki. Na trzeci zabieg udałam się już do poleconej mi osoby, która pracowała i w salonie, jako kosmetyczka i przyjmowała po godzinach za połowę stawki. Wtedy po raz pierwszy wróciłam naprawdę zadowolona.

  Co może pójść nie tak? Nie licząc jakości materiałów (za 50zł na pewno ich nie dostaniemy), chodzi o precyzję, doświadczenie kosmetyczki i przede wszystkim pewien „dryg” do takich długotrwałych, żmudnych zabiegów. Jeśli wykonująca je osoba nie posiada wszystkich trzech umiejętności, grozi nam look spod mrówczych odnóży, czyli poskręcane, poplątane rzęsy, wyginające się w dół, kłujące gałkę oczną lub wypadające garściami. Jeszcze gorzej, gdy rzęsy będą się sklejać w grube stożki- nie liczcie na to, że poradzicie sobie z tym za pomocą szczoteczki czy wykałaczki.

  Co jest ważne? Aby jak najmniej ingerować w ów powiekowy artefakt. To nie prawda, że szczotkując czy tuszując oko pomagamy rzęsom. Takiej porady udzielić może tylko kosmetyczka, niezadowolona z efektu swojej pracy. Polecam natomiast usuwanie makijażu za pomocą nasączonego płynem do demakijażu patyczka kosmetycznego. Rzęsy powinny się trzymać 3-5 tygodni.

Uwaga! Doklejać powinno się jedynie górne rzęsy. Założenie dolnych wiąże się z pracą na otwartym oku, co stanowi poważne zagrożenia dla Waszego zdrowia!


  Dlaczego Elżbieta Okupska? W ostatnich odcinkach serialu „Na Wspólnej” śmigała po planie w długich, gęstych i nie swoich rzęsach. I nie wyglądała ani trochę dobrze.

środa, 9 maja 2012

Rzucisz palenie z Allenem Carrem !


   Każdy znany mi palacz chciałby przestać palic. Niektórzy otwarcie dzień w dzień narzekają na swój nałóg i w kółko powtarzają, że muszą rzucić palenie. Inni, chcący zamanifestować pozorną kontrolę nad swoim życiem mówią, że palą, bo lubią i że wcale nie chcą rozstawać się z nałogiem. Jednakże i oni od czasu do czasu rzucają lub ograniczają papierosy, by po trudnym okresie abstynencji z ulgą sięgnąć po nikotynę.
Wśród palaczy panuje opinia, że będąc w szponach tego nałogu, nie pozbędziemy się go do końca życia. Pamiętam doskonale scenę, która rozegrała się w pierwszej edycji polskiego Big Brothera. Janusz, późniejszy zwycięzca programu rzucił palenie 10 lat wcześniej. Przez ten okres czasu dzięki silnej i niezłomnej woli nie zapalił ani jednego papierosa. W rozmowie z palącymi współlokatorami wyznał, że gdyby w tym momencie zapalił z nimi ten jeden jedyny raz, wróciłby do nałogu.

   Palaczom, wydaje się, że istnieją tylko dwie drogi, którymi mogą pójść. Albo będą palic dalej, ciągle i do końca życia. Będą wydawać majątek na coraz droższe wyroby tytoniowe, kaszleć, budzić się z przepalonym gardłem i trząść, kiedy znajdą się w miejscach i sytuacjach, w których nie będą mogli zapalić. Alternatywa jest taka, że rzucą palenie, przybędzie im gotówki, nie będą musieli wychodzić w trakcie spotkań towarzyskich i dusić się w palarni, ale za każdym razem, kiedy ktoś przy nich zapali, będą odczuwać nieprzyjemne uczucie braku czegoś. Będą marzyc o papierosie w sytuacjach stresu, po posiłkach, przy piwie i wtedy, gdy zwykle w rutynie swojego życia sięgali po papierosa. Będą zazdrościć palaczom, że palą a jednocześnie nie będą chcieli zaprzepaścić tego, co udało im się osiągnąć. Do końca życia będą użerać się z tym, że rzucili palenie.


   Jakie rozwiązanie byłoby ziszczeniem pragnień, dotyczących palenia każdego palacza? Móc palic 2 papierosy dziennie? Papierosy w cenie pudełka zapałek? Nieszkodliwe papierosy? (Przecież są papierosy bez nikotyny- ilu znasz palaczy, którzy regularnie się w nie zaopatrują?). A może MÓC CZUC SIĘ DOKŁADNIE TAK, JAK WTEDY, ZANIM WYPALIŁO SIĘ SWOJEGO PIERWSZEGO PAPIEROSA? Przyjrzyj się osobom niepalącym z twojego otoczenia. Oni nigdy nie poczuli dyskomfortu, związanego z tym, że nie palą. Nie mają poczucia braku, nie użerają się z żadnym, dotyczącym palenia deep fearem. Ile palacze dali by za to, żeby poczuć się dokładnie tak, jak właśnie ci niepalący?

  Mam zatem znakomitą wiadomość dla tych, których dotyczy problem palenia, dla osób, które zmagają się ze swoim czy bliskich nałogiem. Otóż jest pewien facet, facet który już nie żyje, a który stał się moim idolem na wielu polach. Facet, który opracował i opisał metodę Easyway, czyli łatwy sposób na rzucenie palenia. Poza tym, że jego metoda jest naprawdę łatwa i przyjemna, jej ponadczasowa skuteczność polega na tym, że po przeczytaniu książki naprawdę czujesz się, jakbyś nigdy w życiu nie palił.



   Książka napisana jest w taki sposób, że czytelnik czuje się, jakby cały czas rozmawiał z Allenem. Carr był palaczem przez 40 lat, a zanim odkrył, jak pozbyć się nałogu wypalał do 100 papierosów dziennie.  Wskazuje on na wszystkie, ale to wszystkie powody, wymówki, wątpliwości i frazesy, jakimi posługuje się osoba uzależniona od nikotyny i obala ich zasadność. Przykładem niech będzie zadanie osobom, które twierdzą, że lubią palic, pytania: czy smakował ci twój pierwszy papieros? Okazuje się, że tak naprawdę każdy palacz ciężko pracował na to, żeby się uzależnić, znosił wstrętny smak i ksztuszenie podczas pierwszego zaciągania. Bo w istocie palacze to najczęściej osoby o najsilniejszej woli. Z tym, że rzucenie papierosów dzięki silnej woli to jedna z dwu alternatywnych dróg dla palacza, które opisałam wyżej. Metoda Easyway to trzecia droga, tak naprawdę jedyna skuteczna. W swojej książce Carr usunie czytelnikowi pranie mózgu, które w istocie jest odpowiedzialne za to, iż sądzimy, że uzależnienie papierosowe tkwi głównie w psychice.

   Ostatnie pół roku w moim otoczeniu było istną plagą pozbywania się nałogu. Mój dom zawsze pełen papierosowego dymu jest dziś zupełnie od niego wolny. Domy znajomych, którzy również sięgnęli po książkę Carra także pozbyły się tytoniowego obciążenia. Metoda ta jest genialna, absolutnie rewolucyjna i w 100% skuteczna. Ja sama nie palę od grudnia, a papierosy odstawiłam po drugim przeczytaniu książki. Za pierwszym razem nie zadziałała, ale już wiedziałam, w jaki sposób ją czytać, by osiągnąć cel. Dla jednych czytanie jednego rozdziału dziennie będzie optymalne, inni połkną książkę w 2-3 dni. To kwestia bardzo indywidualna.

   Pełen tytuł książki brzmi: Allen Carr „ Łatwy sposób na rzucenie palenia”. Książka dostępna w księgarniach w cenie ok. 30zł, jest też wersja ebookowa, którą można pobrać za darmo, a także audiobook (również dostępny za free). 



   Jeszcze jedna, niezwykle istotna informacja: podczas czytania książki Carr nakazuje palaczowi cały czas palic. Wskazane jest nawet, by palił więcej niż zazwyczaj i w żadnym wypadku nie próbował się ograniczać. Zatem bierzcie i czytajcie, bo niczym, zupełnie niczym nie ryzykujecie, a w najgorszym wypadku będziecie palic dalej.