czystasoda@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Katowice. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Katowice. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 marca 2013

Rzęsy metodą 1:1


  Sztuczne rzęsy zakładałam trzy razy w życiu. Raz przed Woodstockiem w 2011 roku, drugi raz przed Woodstockiem w 2012 roku i trzeci raz miesiąc temu. Nie przypuszczałam, że napisze o tym na blogu, gdyby nie Elżbieta Okupska.

  Usługa przedłużania rzęs metodą 1:1 (jedna sztuczna rzęsa przyklejana do jednej naturalnej) weszła na polski rynek kosmetyczny parę lat temu tworząc godną uwagi alternatywę dla wielu kobiet, które codziennie poświęcają zbyt dużo czasu na poranny makijaż. Metoda cieszy się ogromną popularnością zwłaszcza w okresie letnim, kiedy upał i woda nie idą w parze z wytuszowanymi rzęsami. Równie często z zabiegu korzystają panie, które chcą wyglądać świetnie, budząc się rano obok (ukochanego lub nie) mężczyzny.


  Początkowo zabieg oferowało niewiele salonów kosmetycznych, a tam, gdzie był możliwy, kosztował majątek: ceny wahały się od 200 do ponad 500zł. Dziś niemal każde studio urody posiada mniej lub bardziej wykwalifikowaną osobę, która już za niewielkie pieniądze będzie dłubała przy cudzych powiekach przez 3-4 godziny. Przynajmniej raz w miesiącu na serwisach grupowych zakupów znajdziemy ofertę przedłużania rzęs metodą 1:1 za dumpingową cenę 30-50zł. Ponadto czarny rynek kosmetyczny kwitnie i nie jest trudne znalezienie osoby, która doklei nam w domu rzęsy na własnej kozetce za ok 100zł.

  Jak to właściwie jest z tym doklejaniem rzęs i dlaczego nikt nam nie da gwarancji, że wydając na zabieg 200zł w salonie dostaniemy najwyższą jakość usługi, a idąc do dziewczyny „z ogłoszenia” wrócimy bez powiek? Przyjrzyjmy się pokrótce elementom składowym takiego zabiegu.

  Po pierwsze materiały, czyli rzęsy i klej. Po pierwszym zabiegu (domowa kozetka z ogłoszenia) wyglądałam jak gwiazda filmowa płci transwestyta. Podczas drugiego zabiegu (salon z gruponu) wylałam dwa morza łez: gdy klej dostawał mi się do oczu oraz gdy próbowałam je otworzyć, rozrywając „zrośnięte” powieki. Na trzeci zabieg udałam się już do poleconej mi osoby, która pracowała i w salonie, jako kosmetyczka i przyjmowała po godzinach za połowę stawki. Wtedy po raz pierwszy wróciłam naprawdę zadowolona.

  Co może pójść nie tak? Nie licząc jakości materiałów (za 50zł na pewno ich nie dostaniemy), chodzi o precyzję, doświadczenie kosmetyczki i przede wszystkim pewien „dryg” do takich długotrwałych, żmudnych zabiegów. Jeśli wykonująca je osoba nie posiada wszystkich trzech umiejętności, grozi nam look spod mrówczych odnóży, czyli poskręcane, poplątane rzęsy, wyginające się w dół, kłujące gałkę oczną lub wypadające garściami. Jeszcze gorzej, gdy rzęsy będą się sklejać w grube stożki- nie liczcie na to, że poradzicie sobie z tym za pomocą szczoteczki czy wykałaczki.

  Co jest ważne? Aby jak najmniej ingerować w ów powiekowy artefakt. To nie prawda, że szczotkując czy tuszując oko pomagamy rzęsom. Takiej porady udzielić może tylko kosmetyczka, niezadowolona z efektu swojej pracy. Polecam natomiast usuwanie makijażu za pomocą nasączonego płynem do demakijażu patyczka kosmetycznego. Rzęsy powinny się trzymać 3-5 tygodni.

Uwaga! Doklejać powinno się jedynie górne rzęsy. Założenie dolnych wiąże się z pracą na otwartym oku, co stanowi poważne zagrożenia dla Waszego zdrowia!


  Dlaczego Elżbieta Okupska? W ostatnich odcinkach serialu „Na Wspólnej” śmigała po planie w długich, gęstych i nie swoich rzęsach. I nie wyglądała ani trochę dobrze.

sobota, 8 grudnia 2012

Socjolog rzecze: Moda na śląskość


”Śląsk nie jest ani modny, ani sexy i nie zmieniła tego żadna kampania” – mówił niedawno Eryk Mistewicz, specjalista od wizerunku politycznego i publicysta. Do niedawna Górny Śląsk traktowany był często jako czarna dziura Polski, nie tylko ze względu na strukturę przemysłową regionu, ale też na charakter migracji w ostatnich latach oraz w prognozach- młodzi ludzie masowo i bez sentymentu opuszczają Górny Śląsk, wybierając życie w atrakcyjnych, a nie tak odległych miastach jak Kraków, Wrocław czy nawet Warszawa. W książce „Przenajświętsza Rzeczpospolita” Jacka  Piekary, alternatywna historia Polski sprowadziła współczesny Śląsk do rangi najbardziej przeklinanego, wzbudzającego lęk regionu kraju, o którym opowiada się ściszonym głosem i straszy nim więźniów politycznych. I niewielu było śmiałków, którzy z własnej, nieprzymuszonej woli udaliby się na to odcięte od świata, cieszące się złą sławą Południe.


Jako urodzona mieszkanka Śląska, która i z emigracją miała sporo wspólnego- całe pięć lat studiów w Galicji, traktuję Śląsk niezwykle sentymentalnie. To swoisty i różniący się pod tyloma względami obszar, tak bardzo kontrowersyjny i, co tu dużo mówić, hermetyczny kulturowo, chociażby ze względu na gwarę, której nauczenie się nie jest tak łatwe, jak przyrządzenie rolady z modrą kapusta w niedzielę. Do tego ci wszyscy lokalni patrioci, działacze społeczni na rzecz autonomii, obrońcy śląskości, ksenofobi i szczekający agresorzy ze skrzyżowanym młotem i kilofem blednącymi na ramieniu. To wszystko sprawia, że przez wiele lat Śląsk pozostawał mało atrakcyjny dla nieśląskich mediów i polskiej popkultury. I jak wszystko… do czasu.

Z odwagą, ale ostrożnie media zaczęły niebezpośrednio interesować się Śląskiem. W ogólnopolskim You Can Dance pojawił się Mateusz z Rudy Śląskiej, który naturalnie używał śląskiej gwary, a mimo to (!- nie dzięki niej) zaskarbił sobie ogólną sympatię widzów. W listopadzie w finale programu Must Be The Music drugie miejsce zajął wzbudzający ogólną fascynację zespół Oberschlesien, wykonujący utwory zespołu Rammstein po śląsku. Od niedawna triumfy na Facebooku święcą aplikacje i fanpejdże, których content opiera się na przekładaniu popularnych memów na gwarę śląską. To już wyższa szkoła jazdy dla osób spoza regionu, bo używana jest tam często gwara również języka pisanego- znaki, które nie występują w języku polskim. Porządnego szoku doznałam natomiast, kiedy to w serialu „Na wspólnej” zobaczyłam Elżbietę Okupską, cenioną przeze mnie aktorkę chorzowskiego Teatru Rozrywki i katowickiego Korezu. Gra tam „babę” ze Śląska. Tak nieudolnie, że nie zdziwiło mnie, gdy sprawdziwszy jej biografię dowiedziałam się, iż pochodzi i długo mieszkała na Pomorzu.


Dzisiejszą notkę napisałam niejako z potrzeby socjologicznej duszy, jednak ma ona charakter wpisu otwartego i zarysowawszy problem chętnie przeczytam, co Wy, drodzy czytelnicy z całej Polski macie w tej kwestii do powiedzenia.


Pozdrawiam,
Soda

środa, 24 października 2012

Leśniczówka-alternatywa z historią

   Szczególnym sentymentem darzę to miejsce. Niegdyś moi rodzice chodzili tam na jedyne w swoim rodzaju koncerty bluesowe, potem, w czasach buntu zaglądaliśmy ze znajomymi najpierw w pobliskie krzaki z buteleczką taniego wina, a potem na koncerty punk rockowe. Teraz chodzę tam zawsze wtedy, kiedy mam ochotę poczuć artystyczny klimat, nietuzinkową rozrywkę lub wrócić pamięcią do czasów ogólniaka.


   Położenie. Leśniczówka usytuowana jest w samym sercu Parku Śląskiego przy Alei Muzyków. Kto zapuści się w głuszę i zboczy z głównego deptaka spacerowego, idąc pod górkę spostrzeże po lewej stronie wśród drzew murowaną chatę, z wnętrza której wydobywają się dźwięki blues-rockowej muzyki. To właśnie słynna Leśniczówka, której artystyczna historia sięga 1984 roku. Wtedy znajdował się tu Dom Pracy Twórczej Śląskiego Jazz Clubu. Wielu początkujących twórców miało tu swą przystań. Regularnie odbywały się imprezy Jam Session i koncerty na żywo. Swój ostatni występ dał w Leśniczówce Rysiek Riedel po tym, jak został wyrzucony z grupy Dżem. Jakimś magicznym sposobem ówczesny klimat zachował się do dziś. Piątki i soboty to dni, kiedy Leśniczówka pęka w szwach, a deski sceny skrzypią pod naporem mniejszych i większych gwiazd muzyki al tern alternatywnej.


   Od środka. Kilka punktów cotygodniowego programu to odpowiedź na potrzeby stałych bywalców. W Leśniczówce regularnie odbywają się imprezy karaoke (jak przystało w klimacie rockowym), koncerty na dużym ekranie, wieczory filmowe z bardzo skrupulatnie wyselekcjonowanym repertuarem, zloty fanów zespołów i specjalne edycje koncertów bluesowych. Na deskach Leśniczówki może zagrać praktycznie każdy, pod warunkiem, że odpowiada mu stawka, jaką przyniesie dochód ze sprzedaży biletów. W „Lesie” zorganizować można również imprezę, np. urodzinową. Wtedy nie płacimy za wynajem lokalu, a tylko za beczki piwa, które będą rozlewane gościom.

   Klimat. Przyciąga jak magnes. To jedyne takie miejsce, gdzie w naprawdę kameralnej atmosferze można przeżyć koncert ulubionych muzyków i poczuć się, jakby grali tylko dla nas. Małe, przytulne wnętrze nie przeszkadza jednak w dobrej i często ostrej zabawie, zorganizowaniu pogo i wspominaniu koncertu jako najlepszego w całym życiu. 


 Jak wszędzie, tak i w Leśniczówce ceny w ostatnich latach poszły w górę. Najtańsze piwo kosztuje 6zł, proste jedzenie ok. 6-10zł, a bilet na koncert 10-30zł, zawsze w przedsprzedaży taniej. Wejścia na pozostałe eventy (wieczory filmowe, karaoke)są z reguły darmowe. Świeży i na bieżąco aktualizowany repertuar znajdziecie zawsze na stronie Leśniczówki www.lesniczowka.art.pl

środa, 12 września 2012

Lokale w Parku: Hawaii



   To mój ulubiony lokal z całego skupiska knajp, które powstały wokół Róży. Budowla, jak sama nazwa wskazuje, nawiązuje klimatem do hawajskich klimatów. Dach pokryty jest czymś w rodzaju trzciny, a kształtem przypomina trzy cycki.  W środku kilkanaście kameralnych stolików, kilka palemek, pseudo-papugi, zwisające z sufitu. Ogólnie klimat bardzo sympatyczny, atmosfera ciepła i zachęcająca. Na zewnątrz kolejne naście stolików i parasoli.

   W lokalu dostępne są wszelkie popularne piwa lane i butelkowe, a także inne alkohole. Bardzo polecam beczkowe browary, bo ich temperatura jest o kilka stopni niższa, niż napojów z lodówki. W barze można także zamówić pizze z sosami (polecam!), bagietki i dania barowe.


   Lokal dysponuje dwoma ekranami plazmowymi, podwieszonymi w idealnych miejscach, by obejrzeć mecz w towarzystwie pełnej knajpy. Bardzo dobrze wspominam EURO 2012 oglądane w Hawaii.
Poza w lokalu zwykła przesiadywać bardzo ciekawa i sympatyczna klientela, a także część bywalców starej Róży. Obsługiwać zaś was będzie długoletnia barmanka nieistniejącego już Kocyndra.

środa, 5 września 2012

Lokale w Parku: Zielona Dolina



   Zielona Dolina to kolejny parkowy lokal, który postawił się tuż obok Róży i niewiele później. Bardzo przyjemne miejsce z ciepłym wnętrzem, oszklonym ze wszystkich stron i dwoma ogródkami piwnymi. To tu najchętniej przysiadają spacerowicze, którzy ominąwszy hamburgerownie przy kapeluszu, rzuciwszy ciekawskim okiem na polową siłownię po drodze, ujrzą stoły i ławy pod parasolami. 

   Piwa są różne, a ich ceny niezbyt wygórowane.  To samo tyczy się pozostałych napojów. W barze dostaniemy również wszelkie mocniejsze alkohole. Jednak co najważniejsze, lokal posiada własną pizzerię. Niestety, pizze są w jednym rozmiarze (32cm), co nie pozostawia klientom dużego wyboru. Ceny przeciętne. Smak- niezłe, ale polecam Margheritę z sąsiedniego pieca.


   W Zielonej Dolinie jest dużo miejsc siedzących (to chyba największy lokal ze wszystkich), dlatego jeśli próbujecie się wcisnąć gdziekolwiek, by obejrzeć np. mecz, rozpoczynający Mistrzostwa Europy w piłce nożnej, najprawdopodobniej znajdziecie tam stołek.

   W każdy piątek odbywa się karaoke, na którym atmosfera jest kameralna, wręcz rodzinna (co wcale nie znaczy, że nie ma chętnych). Repertuar jest naprawdę imponujący, prowadząca bardzo sympatyczna, nagłośnienie bardzo dobre, a jedynym minusem jest fakt, że trwa do 23:00; jednak około 21:00 kończą się zapisy (co wynika z nie do końca przemyślanej strategii organizacyjnej).

Cena piwa: od 5zł
Cena pizzy: ok. 20zł

środa, 29 sierpnia 2012

Lokale w Parku: Róża


   Doskonale pamiętam czasy, kiedy by napić się piwa w Parku i nie zapłacić miliona dolarów, nie siedzieć w towarzystwie przyjęcia komunijnego i nie wdychać woni czterodaniowych potraw, zamawianych przez siedemdziesięcioletnich znajomków, odprawiających urodzinowy obiad w jednej z parkowych restauracji, trzeba było usiąść na trawie (Tyskie jeszcze nie postawiło ławek) i ostentacyjnie walić z gwinta w miejscu publicznym, co nie podlegało wówczas karze (ustawa, która zbiera srogie żniwo ilekroć coś się dzieje na Mariackiej weszła w życie dopiero w 2001 roku). Wtedy chodziło się do Parku głównie w celach rekreacyjno-sportowych, bo piwo zdecydowanie lepiej smakowało na miejskiej ławeczce i właściwie nikt nie łączył piątkowo-sobotnich wieczorów z pobytem w jakże pięknym za dnia, a zupełnie nie imprezowym w nocy WPKiW.

   Tak naprawdę pierwszym lokalem, który nie podpadał pod żadną subkulturę, nie opowiadał się po żadnej ciemnej ni geriatycznej stronie mocy i najbardziej przypominał typowy miejski pub, była ulokowana niemal przy samej głównej bramie do Parku, Róża. Tłumnie schodzili się tam uczniowie, absolwenci i nauczyciele najbardziej prestiżowego ogólniaka w Chorzowie, a także połowa Tysiąclecia. Klimat był taki, jak bywalcy, jednak całość trzymała poziom, a knajpa mogła sobie pozwolić na wygórowane ceny zarówno piwa, jak i drinków.


   Początkowo lokal sezonowy, otwierany z pierwszym wiosennym promieniem słońca i zamykany na cztery spusty z pierwszym podmuchem listopadowego wichru, odkrywszy, że zahartowani, młodzi piwosze (a nie, jak początkowo- parkowi spacerowicze) żądni są pleneru o każdej porze roku, zainwestował w szklane ściany, a później zmodernizował po całości swą infrastrukturę, by dopasować się do potrzeb swego nowego, acz stałego i nieocenionego targetu.

   Bingo! Pozostałe lokale skwapliwie wzięły z Róży przykład i powstały. Masowo. Tuż po sąsiedzku, czy raczej bliźniaczo do tego stopnia, że część klienteli wciąż nie łapie się w tym, w którym aktualnie lokalu siedzą i przenosi się z knajpy do knajpy z piwem, które aktualnie sączą. W efekcie podliczając dzienny utarg okazuje się, że więcej z kasy rozeszło się na zapłatę kaucji za butelki (która wynosi 1zł, słownie: jeden złoty), niż osięgnięty przychód ze sprzedaży piwa w ogóle. Lokale, które powstały najpóźniej nie przechodziły już tak spektakularnych modernizacji i od fundamentów zbudowane zostały w postaci zimowych ogrodów. Konkurencja konkurencją, jednakże pocieszeniem niech będzie fakt, iż naśladowanie jest najszczerszą formą pochlebstwa (choć gdy mówimy o biznesie, ich właściciele z pewnością są innego zdania).

   Skoro mowa o konkurencji, to fakt, iż w miejscu, gdzie kiedyś Róża walczyła z nadmiarem gości, cisnących się drzwiami i oknami o każdej porze dnia i roku, teraz stoją 4 knajpy (plus kilka kolejnych zaledwie paredziesiąt metrów dalej), wcale tej pionierskiej nie dodał skrzydeł. Ba, moim skromnym zdaniem, poszła ona w najgorszym z możliwych kierunków. Dlaczego?- zapytacie. O ile cała reszta faktycznie trzyma poziom, prześcigując się w atrakcjach, jakie zapewnia swoim klientom (karaoke, wewnętrzne pizzerie, nowe gatunki piwa), o tyle Róża postawiła na techno-disco-polowe imprezy, na które ściągają podpici, albo nie, zalani, goście, najadłwszy się do syta w Hawaii lub Zielonej Dolinie. A i oni postoją kilkanaście minut, patrząc na pusty parkiet, odstawią pustą butelkę po piwie (przytarganą z Zielonej Doliny) i chwiejnym krokiem udadzą się w stronę przystanku, gdzie nie tną komary i jest dziwnie, o kilka stopni Celsjusza cieplej.


   I tylko weterani, pamiętający dobre czasy, którzy siadają zupełnie z boku, żeby utrzymać w polu widzenia swoje wypasione fury i błyszczące motocykle, rozglądają się za znajomymi twarzami z przeszłości i sączą czternastą szklaneczkę coca-coli.

środa, 11 lipca 2012

Zumba z Michałem w Multi


   Zumba® z Michałem ostatecznie przekonała mnie do zakupu karnetu w Multi Fitness Clubie.

   Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam na zajęciach fitness prowadzonych przez mężczyznę, tym bardziej byłam ciekawa męskiej Zumby®. Zajęcia okazały się istną rewelacją. Zupełnie inne, niż wszystkie Zumby®, w których do tej pory miałam okazję uczestniczyć. To, co szczególnie zwróciło moją uwagę, to ogromny indywidualizm w sposobie prowadzenia zajęć.

   Michał kondycyjnie dał popalić uczestnikom, fundując serie 2-3 piosenek bez chwili przerwy. I to na pełnych obrotach. Dużo podskoków, biegu, łączenia się w pary, zamieniania miejscami, zmiany kierunku. Repertuar muzyczny wybrał bardzo zróżnicowany. Trochę zumbowych® hitów i sporo dobrze kojarzących się, popularnych utworów (jak kankan czy Cotton Eye Joe Rednexu).  Do tego w ferworze latynoskich przyśpiewek dawał popis wokalny, niczym Ricky Martin przed tysięczną publicznością.

   Podsumowując: do Michała zdecydowanie warto, choć niektórych przerazić może tempo zajęć. Jednak ilość endorfiny, która wydzieli się podczas takiej Zumby® sprawi, że po wszystkim poczujecie się tak, jakbyście właśnie wzięły udział w światowej rangi show.

środa, 4 lipca 2012

Karaoke live w Garażu


   W ostatni czwartek dałam się wyciągnąć na karaoke. Znajomy zaprosił mnie do katowickiego Garażu, bo było to ostatnie karaoke przed wakacjami. Zapewniał, że będę miała o czym pisać na blogu. Tuż po wejściu do środka byłam mocno zaskoczona. Lokal był olbrzymi, 3 duże sale, z których każda nosiła znamiona osobnego baru. Najpierw przeszliśmy przez kręgielnię, potem była sala z kilkunastoma profesjonalnymi stołami do bilarda (tam też na dużych telewizorach puszczany był mecz), aż w końcu wchodziło się do „strefy dla palących”, czegoś na kształt klubu, ze sceną, osobnym dancefloorem i niskimi stolikami, przy których stały na zmianę skórzane sofy i fotele samochodowe. Wszystko utrzymane w klimacie „Shut up and drive”. 

   Zastanawiałam się, czym to karaoke będzie się różniło od wszystkich, na jakich byłam do tej pory. Zamówiłam drogie piwo i czekałam, co się wydarzy. Na scenę wszedł zespół, Friday Feeling.      Najprawdziwsza kapela, jakie grywają przy okazji różnych eventów na dużych scenach, nie jakieś tam weselne keyboardy. Mieli swoją kartę najbardziej popularnych piosenek (każdy znalazł coś dla siebie) i grali w setach. Każdy po ok. 7 utworów. 

   Karaoke prowadziła wokalistka zespołu, niezwykle charyzmatyczna dziewczyna, trochę sroga i przerażająca, za to świetnie radząca sobie z temperowaniem coraz bardziej rozochoconej publiczności. To, co było naprawdę super, to fakt, iż taka forma zabawy eliminowała fałszujących wyjców, zamawiających tuziny piosenek, czy wręcz nie rozstających się z mikrofonem.

   Jeśli chodzi o występ, wszystko było tak pomyślane, by faktycznie uczestnicy karaoke mogli się poczuć jak gwiazdy estrady. Ekrany z tekstem były dyskretnie rozmieszczone ponad głowami gości. Zdecydowanie dominowały występy single, niż duety. Trema większa przed wejściem na scenę, niż, kiedy się już na niej stało.

Ten event trzymał fason na najwyższym poziomie. Po zakończeniu imprezy doszliśmy zgodnie do wniosku, że najprawdopodobniej jest to najlepsze karaoke w Polsce. 

Jeśli możecie mi zaproponować konkurencyjne do tego eventy, bardzo proszę o komentarze i maile. Chętnie przetestuję nowe kluby.

Podsumowując:

Lokal: 10/10
Klimat: 8/10
Prowadząca: 10/10 :D
Ceny: 5/10

Klub Garage znajduje się w Katowicach przy ulicy Dąbrówki 10. 

Zespół mało wypromowany, internetowy researching niewiele pomógł. Mam nadzieję, że dzięki temu wpisowi się to zmieni.

I ważna informacja: karaoke w Garażu zostało zawieszone na okres wakacji. Na kolejną edycję Garage zaprasza w pierwszy czwartek września.

środa, 13 czerwca 2012

Rebel Garden w WPKiW

   Dziś słów kilka o moim ulubionym miejscu na Śląsku, czyli o Wojewódzkim Parku Kultury i Wypoczynku, od niedawna mieniącym się Parkiem Śląskim (ileż protestów z tego powodu). Otóż przemierzając Park wzdłuż i wszerz, czy to po ścieżkach spacerowych, czy trasami rowerowymi, warto zatrzymać się na (dłuższą) chwilę przy bramie wejściowej Zoo. Znajduje się tam bowiem nad wyraz ciekawe miejsce, Rebel Garden.


   Pub/kawiarnia/bar (a czasem koncertownia) powstała pod koniec 2010 roku jako terenowa wersja chorzowskiego Rebel Baru (poprawcie mnie, jeśli się mylę!), by w końcu przejąć punkt ciężkości całej inicjatywy kubańsko-rebelianckiej piwiarni, w której leją się strumieniami browary z czterech stron świata (jednak głównie ze strony wschodniej).
   Miejsce jest o tyle specyficzne, że z racji usytuowania w centralnym miejscu Parku, gdzie w godzinach szczytu przewijają się setki przeróżnych osób, do momentu zamknięcia Zoo jest na pozór dość typowym pubem i piwiarnią. Można tam coś skąsić, można posiedzieć i wybrać napitek z nieco szerszego, niż przeciętny, repertuaru. Ogródek sąsiaduje z wybiegiem dla zwierząt z Zoo, co stanowi ciekawą atrakcję. Jednak po zmroku Rebel niepowtarzalnego klimatu. Schodzą się tam osoby bardzo ciekawe, z nieco cięższych klimatów muzycznych. Nierzadko można tam spotkać graczy w karcianki, planszówki, czy RPG-i.

   O płynnym menu nie sposób nie wspomnieć. W Rebelu możecie zamówić bardzo nietypowe piwa z przeróżnych zakątków świata w bardzo przyzwoitych cenach. Absolutnym hitem jest jagodowe piwo z kija (czyt. lane), któremu osobiście przyznaję notę 10/10 !! Podobno pub serwuje również oryginalne czeskie sery, jako zakąski do piwa. Jednak nie miałam okazji spróbować.

   Chętnie podejmowane są też różne inicjatywy muzyczne i kulturalne, m.in. koncerty na świeżym powietrzu, filmy na dużym ekranie, wystawy i festiwale. Wszystko w bardzo nietuzinkowym klimacie. Jeśli wiec następnego popołudnia postanowicie udać się na spacer do parku, a po długiej wędrówce zmorzy Was głód lub pragnienie- udajcie się pod bramę Zoo.

środa, 6 czerwca 2012

Złoty Osioł - Wege Bar


   Kilka dni temu byłam na obiedzie w Złotym Ośle. To wegetariański bar w Katowicach i chyba najbardziej osobliwa restauracja na Śląsku.  Osła poznałam w czasach liceum. Został mi polecony przez znajomą, która była jedną z najbardziej ekscentrycznych osób, jakie w życiu poznałam: joginka, buddystka, wegetarianka i do tego dziennikarka. Nic dziwnego, że bywała tam regularnie, bo to miejsce właśnie takich ludzi przyciąga.


   Od mojej ostatniej wizyty, jakieś 4 lata temu tak naprawdę nic się nie zmieniło. Wystrój pozostał ten sam, bardzo klimatyczny, ciut hinduski, trochę krishnowski. Nigdy do końca mi nie odpowiadał z uwagi na pastelowe barwy i trochę zbyt śmietnikowe meble. Niemniej jednak wszystko to tworzy bardzo specyficzny klimat, który, jak podejrzewam, po zmierzchu zyskuje na przytulności (zawsze bywałam tam w porze obiadowej). Na uwagę zasługują ręcznie malowane elementy na ścianach, suficie i w toalecie, które podsycają nastrój artyzmu.


   Bar jak stał kiedyś, tak stoi i dziś. Za szklaną szybą wzrok przykuwa ogromna różnorodność najdziwniejszych potraw. Wszystko oczywiście bez mięsa. Znajdziecie tam tarty z najdziwniejszymi dodatkami, kilka rodzajów lazanie (ze szpinakiem, z brokułami, czy jogurtowo-dyniowa), naleśniki z nadzieniem ruskim posypane obficie słonecznikiem, spaghetti z serem pleśniowym,  zupy, musake czy warzywne ratatuj. Menu każdego dnia różni się i wprost nie sposób przywiązać się do jednej, ulubionej potrawy. Jedyne, co się zmieniło od czasów liceum, to wprowadzenie kartek z nazwami potraw, czyli zabieg, któremu Osioł opierał się latami, a który ułatwiłby egzystencję całym pokoleniom kelnerek (te przez 8 godzin swojej zmiany musiały każdemu klientowi cierpliwie tłumaczyć, co znajduje się w dzisiejszym menu).

   Cena obiadu jest stała i wynosi teraz 12 zł. Oprócz gorącej porcji dania głównego dostajemy talerz do bufetu sałatkowego, gdzie nakładamy tyle surówek, ile tylko zdołamy zjeść. Oczywiście każda z nich nieco różni się od standardowych miksów warzywnych, a hitem dla mnie było połączenie arbuza, jabłek i mięty. Napoje zawsze były w Ośle dość drogie, za to raczej nietypowe. Możemy skosztować soków ze świeżych owoców, lemoniady, czy napoju imbirowego. Jest też piwo z dystrybutora w cenie 5zł za małe i 6zł za półlitrowe.


  Strefa gastronomiczna jest bardzo różnorodna, zaskakująca, zawsze świeża, a wykorzystuje się tylko zdrowe jedzenie i naturalne przyprawy. Potrawy podgrzewane są w piecu, nie w mikrofalówce, a w kuchni trwa kreatywne gotowanie od 10 do 22.

   Ludzie Złotego Osła to też interesujący aspekt baru. Odkąd pamiętam obsługę zawsze stanowiły osoby bardzo alternatywne, często w dredach i z kolczykami. Znam kilka bardzo ciekawych śląskich osobistości, które kiedyś, daawno temu przewinęły się przez Osła. Klientela jest również bardzo ciekawa, jednak niskie ceny dużych posiłków ściągają i typowych bywalców barów mlecznych.


   Złoty Osioł znajduje się w centrum Katowic, przy ulicy Mariackiej 1 (obok budynku starego dworca PKP lub dawnego Mega Clubu). Osioł otwarł swoją filię również w centrum Sosnowca, a wielkimi krokami zbliża się otwarcie filii w Gliwicach. Z moich informacji wynika, że aktualnie trwa nabór członków załogi do gliwickiego wege-baru.