czystasoda@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Inne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Inne. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 kwietnia 2014

Jak robić w życiu to, co się chce

Kiedyś ktoś zadał mi pytanie: Czym jest dla ciebie sukces? Bez głębszego zastanowienia odpowiedziałam: sukces to realizowanie mojej pasji i zarabianie na niej takich pieniędzy, żeby nie musieć robić zarobkowo czegoś, co nie jest moją pasją.

Codziennie spotykam ludzi, którzy idąc do pracy myślą tylko o tym, żeby z niej wyjść, potem są zbyt zmęczeni, żeby realizować swoje pasje. To się dzieje każdego dnia. I tak do 65 roku życia. To ludzie, którzy „zahaczyli się” w supermarketach, call center, firmach produkcyjnych, tylko „na chwilę”, żeby wyprowadzić się od rodziców, opłacić rachunki, kupić sobie coś ładnego, pojechać na festiwal muzyczny latem albo sprostać presji społecznej i uciąć gderanie rodziców: powinieneś iść do pracy. To ludzie, którzy wpadli w pułapkę.


Być może jesteś jednym z tych ludzi, a być może jesteś na najlepszej drodze do tego, by się takim stać. Być może nie wiesz, co chcesz w życiu robić? Świetnie, że tu trafiłeś właśnie w tym momencie, bo mam dla Ciebie kilka esencjonalnych rad i inspiracji, które sprawią, że Twoje życie będzie Twoim sukcesem.

1.    Po pierwsze zadaj sobie pytanie jaka jest Twoja pasja, Twoje hobby? To nie prawda, że praca to praca, a na zainteresowania mamy czas wolny. Ludzie, którzy odnieśli największy sukces zarówno zawodowy jak i osobisty to ci, którzy wytrwale realizowali swoją pasję, poświęcili się jej i dzięki temu stała się ona ich głównym źródłem dochodu. Myślisz, że Twoja pasja nie ma nic wspólnego z biznesem? Nic bardziej mylnego.

Asia bardzo lubiła sport i aktywność fizyczną. Została instruktorką fitness, trenerem personalnym, szkoleniowcem i prezenterką Profi Fitness School. Prowadzi bloga na którym opisuje swoje fitnessowe, biegowe i podróżnicze doświadczenia. Na życie zarabia realizowaniem swoich zainteresowań.

Gosia całe życie była miłośniczką zwierząt. Pasjonowały ją koty, szczególnie brytyjskie. Gdy już kupiła wymarzoną kotkę postanowiła założyć hodowlę kotów brytyjskich, skupiając się na wychowywaniu kociąt tak, by stały się najlepszymi przyjaciółmi człowieka. I całkiem fantastycznie jej to wychodzi.

Michał dorastał w polskim świecie fandomu. Uwielbiał gry RPG, planszówki, konwenty fantastyki. Założył wydawnictwo Kuźnia Gier, która jest aktualnie jedną z najbardziej liczących się firm projektujących i produkujących gry na rynku polskim. Działa też w innych komercyjnych projektach około fantastycznych, a jego stateczne życie zawodowe i osobiste związane jest z fantastyką.

Tomek, którego pierwszej książki recenzję zamieściłam tu jakiś czas temu po prostu lubił pisać bloga. O życiu, o związkach damsko-męskich, o mediach, w charakterystycznym dla siebie, nonkonformistycznym stylu. Jeden z najbardziej wpływowych blogerów w Polsce. O tym, że utrzymuje się z pisania własnego bloga i to na całkiem znakomitym poziome możecie przeczytać w jego książce (i się zainspirować).

Natalia, pasjonatka nowinek technologicznych, gier komputerowych i całego geekostwa. Jakiś czas temu założyła fanpage na Facebooku o nazwie Jestem Geekiem. Pomysł rozrósł się do tego stopnia, że powstał osobny portal internetowy z ogromną liczbą odwiedzających. Natalia podchwyciła również pomysł organizacji wieczorków tematycznych „Pog(r)adajmy”, które funkcjonowały już w innych miastach i raz w miesiącu prowadzi takie spotkania w katowickiej Cybermachinie. I wciąż dostaje kolejne, lukratywne, geekowskie propozycje.

Ja jestem socjologiem z końską pasją od dzieciństwa. Właśnie założyłam firmę, horse coachingową, w której konie uczą ludzi, pomagają rozwiązywać ludzkie problemy, m.in. z komunikacją, osiąganiem celów, asertywnością, radzeniem sobie ze stresem czy pewnością siebie. I to jest mój klucz do sukcesu.

To tylko kilka wybranych przeze mnie przykładów. Każde hobby można przekuć na biznes. Jeśli Twoją pasją jest wspinaczka wysokogórska może pomyślisz nad założeniem firmy myjącej okna w drapaczach chmur?


2.    Przejrzyj listę PKD
Jeśli po lekturze poprzedniego punktu dalej nie do końca wiesz, co chcesz w życiu robić poświęć trochę czasu na przejrzenie listy Polskiej Klasyfikacji Działalności, koniecznie wraz z objaśnieniami, jakie konkretnie działalności podlegają pod poszczególne działy. Taką listę znajdziesz np. tu. Wyobraź sobie siebie w poszczególnych branżach, może przy którejś pozycji poczujesz przyjemny dreszcz i wenę? Tak czy inaczej będzie to refleksyjne, a zapewne i inspirujące doświadczenie.

3.    Zajrzyj na stronę Twojego Urzędu Pracy i spójrz jakie bezpłatne kursy organizują. Wózki widłowe, choć wciąż popularne, to już stereotyp i przeszłość. Na przykład chorzowski Urząd oferował ostatnio kurs pracowników lotnisk, stewardess, czy florystyki z elementami decoupage. Dla osób zarejestrowanych w urzędzie często są to płatne kursy, tzn. urząd płaci bezrobotnemu za odbycie takiego szkolenia. Wiele firm i instytucji organizuje również własne, bezpłatne kursy finansowane ze środków unijnych. Co ci szkodzi?

4.    Co dwie głowy to nie jedna.
Jeśli jakimś cudem wciąż nie masz pomysłu na to, czego chcesz od życia to pole do popisu oddajemy zasadzie: z ilości jakość. Ten punkt będzie wymagał od Ciebie 2 rzeczy: szczerej i prawdziwej chęci do robienia w życiu tego, czym będziesz się świetnie bawił (obojętnie czy wiesz czym jest owo „coś” czy nie) oraz kontaktu z ludźmi. Ze znajomymi, znajomymi znajomych, przypadkowymi znajomymi i starymi znajomymi. Wystarczy, że podczas spotkań towarzyskich, pogawędek internetowych czy przy innych okazjach do rozmowy wspomnisz, że chciałbyś ciekawą pracę, nową pracę, pożądasz zmiany etc. Prędzej czy później zaczną napływać informacje zwrotne i propozycje, spośród których będziesz mógł wybierać lub czerpać inspirację. Wierz mi.

5.    I ostatnia rzecz, czyli czego z pewnością nie rób.
Wiesz, że Twój znajomy dorobił się na dystrybucji pierogów, imporcie wody mineralnej z Włoch czy handlu chińskimi butami na bazarze i, mimo, że temat jest Ci zupełnie obcy, myślisz sobie: skoro on na tym zarabia, to ja też zgarnę  swoją mini fortunkę. Zwykle o tym, że jemu się udało zadecydował szereg warunków zewnętrznych. Na wakacjach w Turcji spotkał tambylca, z którym przy rakii zrobił deal na tanie produkty. Albo pracował jako handlowiec od soków przez kilka lat, zjadł na tym zęby, a otwarcie swojej firmy było już czystą formalnością. Albo ciotka przyjaźniła się z babcią z jarzynowego i od niej się dowiedziała, że ta od butów zwija interes, bo wyjeżdża do Olsztyna i będzie na targowisku wolne stoisko i do tego z monopolem obuwniczym. Podchwycenie pomysłu, który nie ma z Tobą wiele wspólnego jako droga na skróty to pułapka dla ludzi niemądrych i leniwych. W dodatku na przekonanie się o prawdziwości tych słów nie będziesz musiał długo czekać. Także jeśli punkt piąty dziwnie wyraźnie odwzorowuje Twoje podejście do życia, wróć, hardy biznesmenie, do punktu 1.


Jeśli dotarłeś do tego miejsca a w Twojej głowie wciąż pustka i zniechęcenie mam dla Ciebie ostatnią, niezawodną radę: ZMIEŃ NASTAWIENIE. I nie zapominaj, że Twoje obecne okoliczności nie determinują dokąd możesz dojść. One określają jedynie skąd możesz wystartować!

piątek, 11 kwietnia 2014

Foch - 7 sposobów w jakie zabija

Człowiek rozumny żyje po to, żeby było mu dobrze. Z racjonalnego punktu widzenia wszystkie myśli i działania powinny być podporządkowane temu jednemu imperatywowi. I w bardzo subiektywnie rozumianej teorii tak jest. Wydaje nam się, że negatywne emocje ubrane w popularnego focha dadzą nam poczucie zadośćuczynienia i satysfakcję, że przybliżą nas do celu, a w konsekwencji że są dla nas czymś pozytywnym. I mamy rację. Wydaje nam się.



W rzeczywistości fochy są bardziej destrukcyjne niż mogło by się wydawać. Nie tylko dla naszych relacji z ludźmi, ale też dla wizerunku, reputacji i przede wszystkim zdrowia psychicznego.

Zanim jednak przejdę do przekonywania Was dlaczego powinniście zacząć pracę nad sobą jeśli temat jest Wam szczególnie bliski przedstawię schemat typowego focha:

1.    Najpierw jest sielanka
2.    Potem pojawia się sytuacja, w której z jakiegoś powodu poczujemy się źle. Być może poniżeni, niedocenieni, niesprawiedliwie potraktowani.
3.    Wówczas strzelamy focha, czyli obrażamy się, nie odzywamy, zamykamy na wszelki dialog.
4.    Pozostajemy w tym stanie nie podejmując absolutnie żadnych prób wyjaśnienia o co nam chodzi, ewentualnie stajemy się oschli, cyniczni, sarkastyczni lub opryskliwi.
5.    Foch mija najczęściej wtedy, gdy sami zapominamy co takiego go spowodowało (często nawet nie jesteśmy w stanie określić klarownie jego przyczyny), ewentualnie gdy sprawą zainteresuje się osoba z umiejętnościami terapeutycznymi; znane są też przypadki, że nigdy.

A oto 7 rzeczy dlaczego foch to zło:

1.    Po pierwsze i najważniejsze, foch najbardziej uderza w nas samych. Najgorzej czujemy się my. Dręczeni od wewnątrz negatywnymi uczuciami, przybici, pozbawieni energii. Na co to komu? O ile cudowniej byłoby zamiast tego czuć się radośnie, być z kimś blisko, uśmiechać się do siebie?

2.    Foch nie załatwia sprawy. Jeśli coś leży Ci na wątrobie jedynym, powtarzam JEDYNYM skutecznym sposobem abyś poczuł się lepiej jest wyrzucenie tego z siebie, rozmowa i wyjaśnienie sytuacji. Każda inna podjęta lub niepodjęta przez Ciebie forma rozwiązania sprawy sprawi, że będziesz czuł się jeszcze gorzej.

3.    Foch jest toksyczny dla związków międzyludzkich. Powiedzmy sobie szczerze, nikt nie ma ochoty spędzać czasu z osobą, której domeną jest obrażanie się, po której nie wie czego i kiedy się spodziewać. W jednej chwili jest roześmiana, a za chwilę foch na imprezie, ciche dni na wyjeździe lub może bardziej spektakularne akcje. Regularnie kłócące się pary, bo któreś z nich zawsze strzeli bezsensownego focha to zmora niejednej paczki przyjaciół. Znasz to skądś?

4.    Foch to marnowanie czasu. Fochem obdarzamy zwykle dość bliskie albo nawet bardzo bliskie osoby. Te same, z którymi uwielbiamy spędzać czas, przy których czujemy się dobrze, których brak odczuwamy szczególnie boleśnie. Im dłużej i częściej utrzymujemy je na dystans focha tym więcej cudownie spędzonego czasu świadomie wymieniamy na przykre i samotne chwile.

5.    Foch to manifest niedojrzałości. Jeśli w ten sposób próbujesz rozwiązywać swoje życiowe problemy bardzo szybko przestaniesz być traktowany poważnie, ludzie przestaną brać Cię pod uwagę i liczyć się z Twoim zdaniem. Z czasem też zaczną Cię unikać.

6.    Może nas ominąć coś ważnego. Kiedy tak jesteśmy sobie obrażeni, zamknięci na cztery spusty w sobie lub w domu mogą się pojawić różne propozycje i opcje spędzenia czasu, które nie zostaną nam przedstawione, bo nikt nie ma ochoty spędzać czasu z niesympatyczną i naburmuszoną osobą. Strzeżmy się więc strzelania fochów w weekendy i w sezonie grillowym.

7.    Foch jest bezcelowy. Zwykle zależy nam na tym, żeby to ta druga osoba poczuła się źle. Nikt jednak nie będzie się czuł gorzej niż my sami, jeśli nie wie z jakiego powodu miałby się tak czuć. Przypomnij sobie ostatnią reakcję na Twojego focha. Jest to albo ignorowanie, albo  przeczekanie albo matczyna wręcz próba udobruchania i uspokojenia. Pamiętasz nadal, w jakim celu strzeliłeś focha?



Fochy są często tak wyuczoną reakcją ludzką, że wydaje nam się, iż są elementem naszej osobowości, czy nawet błędnie mylimy je z dumą. Zważywszy jednak na ich bezcelowość, na straty, jakie generuje, na złudne korzyści, które wydaje nam się że przynosi, powinniśmy za każdym razem, gdy przyjdzie nam „ochota” na focha wrócić myślami do tego tekstu. Jeśli trudno nam opanować swoje emocje i momentalnie wyprzeć wyuczone zachowanie, weźcie głęboki oddech i przywołajcie  pozytywną myśl względem własnej osoby. Nasz umysł nie potrafi myśleć jednocześnie o negatywnych i pozytywnych rzeczach. To niezawodna metoda, tylko musicie chcieć z niej skorzystać i zdać sobie sprawę, że foch to nie element życia społecznego, a problem.


Zobacz również:

środa, 29 maja 2013

HEBE - drogeryjny przekręt roku!

   W ubiegłym roku na ulicy Wolności w Chorzowie, głównym deptaku handlowym, pojawiła się kolejna, czwarta sieć drogeryjna- HEBE. To kolejny projekt biznesowy Jeronimo Martins Dystrybucja, właściciela sieci Biedronka. HEBE szturmem zdobyła rynek i miejscową klientelę, oferując wyjątkowo atrakcyjnie urządzony lokal, bogatą ofertę nie tylko kosmetyków, ale i m.in. artykułów parafarmaceutycznych, tekstyliów oraz luksusowych produktów spożywczych- herbaty, yerba mate, smakowe wina musujące… Doskonale przemyślany program lojalnościowy zapewnia stałe zniżki, gratisy i bony na artykuły w drogeriach HEBE. Gama dostępnych perfum porównywalna do tych, jakie stoją na półkach w profesjonalnych perfumeriach oraz zdecydowanie niższe ich ceny i niekończące się promocje przyciągają klientów z całego województwa. Dodatkowo nowatorsko przeszkolona obsługa i ochrona sprawiają wrażenie najwyższych standardów i gwarancji jakości. Hebe wydaje też własną, bardzo ładną gazetkę produktową oraz utrzymuje stały mailowy kontakt z klientami. Pod względem marketingowym jest więc projektem bardzo przemyślanym, niemal doskonałym.



   Mimo wszystkich tych plusów i doskonałości tekst nie będzie zachęcał do zakupów w drogeriach HEBE. Tym, co skłoniło mnie do poruszenia tematu rozrastającej się sieci drogerii jest jakość sprzedawanych tam produktów. Jest ona fatalna. Artykuły kosmetyczne prestiżowych marek bardzo różnią się od artykułów dostępnych w innych drogeriach czy perfumeriach. Za przykład niech posłużą trzy produkty różnych firm, które kupuję regularnie: tusz do rzęs L’oreal Architect. Tusz, który kupiłam w HEBE był suchy i kruszył się na rzęsach. Ponadto opakowanie wystarczyło dokładnie na połowę czasu, w porównaniu z tym produktem, kupowanym w innych sklepach. Pomyślałam, że może taka partia się trafiła i nie drążyłam tematu. Następne były perfumy „One Million” Paco Rabanne. To męski zapach z najwyższej półki, charakteryzujący się wyjątkową trwałością i zmienną nutą zapachową w czasie. W HEBE był ok. 50 zł tańszy niż w wiodących perfumeriach. Perfumy okazały się zapachowo „płaskie”, a na skórze utrzymywały się nie dłużej niż 2 godziny. Byłam naprawdę zdenerwowana, ale pomyślałam tylko: masz nauczkę, by nie kupować perfum w zwykłych drogeriach. Jakieś 3 tygodnie temu dostałam od HEBE bon o wartości 10 zł i postanowiłam kupić podkład Max Factor Colour Adapt, który właśnie mi się skończył. Lubiłam go za konsystencję musu i idealne pokrycie. Podkład kosztował dokładnie tyle samo, co w innych drogeriach. Jakie było moje zaskoczenie, kiedy z opakowania polał się rzadki płyn. I znów pomyślałam: może to tylko pierwsza warstwa... Niestety, produkt jest rozwodniony, niczym nie różni się od tanich podkładów, jakie można dostać za połowę tej ceny.



   Osobiście czuję się oszukana, choć należałoby użyć mocniejszych słów. Taki stan rzeczy jest niedopuszczalny. Pod przykrywką profesjonalnej i przyjaznej drogerii, która dzięki supersprawnym działaniom promocyjnym zdobywa zaufanie klientów, w której zakupy codziennie robią setki osób, kryje się fatalna jakość, najniższy sort i krętactwo. Planowana jest dynamiczna ekspansja sieci w całej Polsce. Na Śląsku funkcjonują już 4 drogerie HEBE - w Chorzowie, Bytomiu, Zabrzu i Gliwicach. Te drogerie będą przejmowały klientów popularnych sieci. Pytanie: kiedy klienci HEBE zorientują się, że coś jest nie tak?

sobota, 8 grudnia 2012

Socjolog rzecze: Moda na śląskość


”Śląsk nie jest ani modny, ani sexy i nie zmieniła tego żadna kampania” – mówił niedawno Eryk Mistewicz, specjalista od wizerunku politycznego i publicysta. Do niedawna Górny Śląsk traktowany był często jako czarna dziura Polski, nie tylko ze względu na strukturę przemysłową regionu, ale też na charakter migracji w ostatnich latach oraz w prognozach- młodzi ludzie masowo i bez sentymentu opuszczają Górny Śląsk, wybierając życie w atrakcyjnych, a nie tak odległych miastach jak Kraków, Wrocław czy nawet Warszawa. W książce „Przenajświętsza Rzeczpospolita” Jacka  Piekary, alternatywna historia Polski sprowadziła współczesny Śląsk do rangi najbardziej przeklinanego, wzbudzającego lęk regionu kraju, o którym opowiada się ściszonym głosem i straszy nim więźniów politycznych. I niewielu było śmiałków, którzy z własnej, nieprzymuszonej woli udaliby się na to odcięte od świata, cieszące się złą sławą Południe.


Jako urodzona mieszkanka Śląska, która i z emigracją miała sporo wspólnego- całe pięć lat studiów w Galicji, traktuję Śląsk niezwykle sentymentalnie. To swoisty i różniący się pod tyloma względami obszar, tak bardzo kontrowersyjny i, co tu dużo mówić, hermetyczny kulturowo, chociażby ze względu na gwarę, której nauczenie się nie jest tak łatwe, jak przyrządzenie rolady z modrą kapusta w niedzielę. Do tego ci wszyscy lokalni patrioci, działacze społeczni na rzecz autonomii, obrońcy śląskości, ksenofobi i szczekający agresorzy ze skrzyżowanym młotem i kilofem blednącymi na ramieniu. To wszystko sprawia, że przez wiele lat Śląsk pozostawał mało atrakcyjny dla nieśląskich mediów i polskiej popkultury. I jak wszystko… do czasu.

Z odwagą, ale ostrożnie media zaczęły niebezpośrednio interesować się Śląskiem. W ogólnopolskim You Can Dance pojawił się Mateusz z Rudy Śląskiej, który naturalnie używał śląskiej gwary, a mimo to (!- nie dzięki niej) zaskarbił sobie ogólną sympatię widzów. W listopadzie w finale programu Must Be The Music drugie miejsce zajął wzbudzający ogólną fascynację zespół Oberschlesien, wykonujący utwory zespołu Rammstein po śląsku. Od niedawna triumfy na Facebooku święcą aplikacje i fanpejdże, których content opiera się na przekładaniu popularnych memów na gwarę śląską. To już wyższa szkoła jazdy dla osób spoza regionu, bo używana jest tam często gwara również języka pisanego- znaki, które nie występują w języku polskim. Porządnego szoku doznałam natomiast, kiedy to w serialu „Na wspólnej” zobaczyłam Elżbietę Okupską, cenioną przeze mnie aktorkę chorzowskiego Teatru Rozrywki i katowickiego Korezu. Gra tam „babę” ze Śląska. Tak nieudolnie, że nie zdziwiło mnie, gdy sprawdziwszy jej biografię dowiedziałam się, iż pochodzi i długo mieszkała na Pomorzu.


Dzisiejszą notkę napisałam niejako z potrzeby socjologicznej duszy, jednak ma ona charakter wpisu otwartego i zarysowawszy problem chętnie przeczytam, co Wy, drodzy czytelnicy z całej Polski macie w tej kwestii do powiedzenia.


Pozdrawiam,
Soda

środa, 4 lipca 2012

Karaoke live w Garażu


   W ostatni czwartek dałam się wyciągnąć na karaoke. Znajomy zaprosił mnie do katowickiego Garażu, bo było to ostatnie karaoke przed wakacjami. Zapewniał, że będę miała o czym pisać na blogu. Tuż po wejściu do środka byłam mocno zaskoczona. Lokal był olbrzymi, 3 duże sale, z których każda nosiła znamiona osobnego baru. Najpierw przeszliśmy przez kręgielnię, potem była sala z kilkunastoma profesjonalnymi stołami do bilarda (tam też na dużych telewizorach puszczany był mecz), aż w końcu wchodziło się do „strefy dla palących”, czegoś na kształt klubu, ze sceną, osobnym dancefloorem i niskimi stolikami, przy których stały na zmianę skórzane sofy i fotele samochodowe. Wszystko utrzymane w klimacie „Shut up and drive”. 

   Zastanawiałam się, czym to karaoke będzie się różniło od wszystkich, na jakich byłam do tej pory. Zamówiłam drogie piwo i czekałam, co się wydarzy. Na scenę wszedł zespół, Friday Feeling.      Najprawdziwsza kapela, jakie grywają przy okazji różnych eventów na dużych scenach, nie jakieś tam weselne keyboardy. Mieli swoją kartę najbardziej popularnych piosenek (każdy znalazł coś dla siebie) i grali w setach. Każdy po ok. 7 utworów. 

   Karaoke prowadziła wokalistka zespołu, niezwykle charyzmatyczna dziewczyna, trochę sroga i przerażająca, za to świetnie radząca sobie z temperowaniem coraz bardziej rozochoconej publiczności. To, co było naprawdę super, to fakt, iż taka forma zabawy eliminowała fałszujących wyjców, zamawiających tuziny piosenek, czy wręcz nie rozstających się z mikrofonem.

   Jeśli chodzi o występ, wszystko było tak pomyślane, by faktycznie uczestnicy karaoke mogli się poczuć jak gwiazdy estrady. Ekrany z tekstem były dyskretnie rozmieszczone ponad głowami gości. Zdecydowanie dominowały występy single, niż duety. Trema większa przed wejściem na scenę, niż, kiedy się już na niej stało.

Ten event trzymał fason na najwyższym poziomie. Po zakończeniu imprezy doszliśmy zgodnie do wniosku, że najprawdopodobniej jest to najlepsze karaoke w Polsce. 

Jeśli możecie mi zaproponować konkurencyjne do tego eventy, bardzo proszę o komentarze i maile. Chętnie przetestuję nowe kluby.

Podsumowując:

Lokal: 10/10
Klimat: 8/10
Prowadząca: 10/10 :D
Ceny: 5/10

Klub Garage znajduje się w Katowicach przy ulicy Dąbrówki 10. 

Zespół mało wypromowany, internetowy researching niewiele pomógł. Mam nadzieję, że dzięki temu wpisowi się to zmieni.

I ważna informacja: karaoke w Garażu zostało zawieszone na okres wakacji. Na kolejną edycję Garage zaprasza w pierwszy czwartek września.

środa, 27 czerwca 2012

Depilacja laserowa

     Depilacja laserowa, czyli tzw. epilacja to ostatnio jedna z najpopularniejszych metod, mających na celu trwałe pozbycie się owłosienia. Klientki i klienci walą drzwiami i oknami do salonów kosmetycznych, żeby zdążyć przed latem, a każdego na taki zabieg stać. A to za sprawą nowej technologii, która jest o wiele tańsza, niż znane do tej pory lasery, na których skuteczna seria zabiegów na jedną część ciała sięgała kilku tysięcy złotych. Wiele salonów kosmetycznych zaopatrzyło się w kombajn, przynoszący zyski z depilacji, usuwania przebarwień i fotoodmładzania. Powstały sieci centr kosmetycznych, zajmujące się tylko i wyłącznie depilacją laserową, z wystandaryzowanym cennikiem (każdy pojedynczy zabieg 99zł). Wiele takich miejsc, aby przekonać niezdecydowanych klientów, sięga po różne techniki promocyjne: a to pierwszy zabieg gratis, albo zapłata dopiero za widoczny efekt, tudzież intratne oferty na serwisach typu Groupon. Korzystając z jednej z takich promocji postanowiłam sprawdzić, ile tak naprawdę warta jest ta cudowna usługa.

    Wykupiłam karnet na 3 zabiegi w jednym z zabrzańskim salonów kosmetycznych. Zdecydowałam się na depilację bikini. Polecono mi ogolić się dzień przed zabiegiem. Przeciwwskazaniami było m.in. opalanie się w ostatnich tygodniach i przyjmowanie środków, zawierających beta karoten (z uwagi na możliwość wystąpienia trwałych przebarwień). Depilacji nie można było przeprowadzić w miejscu, w którym mam tatuaż. Na pytanie, czy zabieg jest bolesny, dowiedziałam się, że wszystko zależy od odporności na ból.


      Zabieg. Sam zabieg wyglądał tak, że rozebrana do połowy kładłam się na kozetce, a na oczy dostałam specjalne okularki, chroniące przed światłem lasera. Kosmetyczka wysmarowała miejsce depilacji grubo żelem i przystąpiła do dzieła. To, co przeżyłam, to był istny koszmar. Nie przypominam sobie jakiegokolwiek zabiegu, może poza dentystycznymi bez zastosowania znieczulenia, który byłby równie bolesny. Byłam cała spocona i modliłam się, żeby to się już skończyło. Na szczęście zabieg trwał dosłownie kilka minut, a ból odczuwałam tylko w momentach ukłuć laserem. Potem nie miałam ani podrażnień, ani opuchlizny i wszystko wyglądało normalnie. Kolejny termin dostałam po 4 tygodniach.

   Skuteczność. Jestem po serii wszystkich trzech zabiegów, a jedynym zauważalnym efektem jest wolniejsze tempo wzrostu włosów i są one cieńsze. Jednak daleko temu do statusu trwałego braku owłosienia. Sądzę, że potrzebne byłoby jeszcze co najmniej dwa razy tyle zabiegów. Myślę też, że niektórzy, jak było w przypadku kosmetyczki, do której chadzałam, mają spore szanse powodzenia już po czterech zabiegach. Skuteczność zależy bowiem w dużej mierze od rodzaju owłosienia. Laser diodowy uderza impulsem w barwnik, zawarty we włosie, a to powoduje jego spalenie. Im grubsze i ciemniejsze włosy, tym skuteczniejsza depilacja. Na włosach blond metoda może w ogóle nie zadziałać. Kolejnym czynnikiem wpływającym na skuteczność depilacji jest faza wzrostu, w jakiej znajdują się włosy. Spośród trzech faz, tylko jedna gwarantuje skuteczne usunięcie włosków. Stąd też konieczna jest seria zabiegów, której ilości nie można z góry przewidzieć.

Podsumowując: 



·         Jeśli masz jaśniejsze i cieńsze włosy depilacja laserowa najprawdopodobniej nie będzie skuteczna.

·         Jest to zabieg bardzo bolesny i musisz być na to przygotowana. Pocieszające jest to, że trwa krótką chwilę.

·         Nawet jeśli cena pojedynczego zabiegu jest przyzwoita, pamiętaj, że efekt osiągniesz dopiero po serii, a wiec pomnóż kwotę przez co najmniej 4-8 razy.

·         Odstępy między zabiegami trwają około miesiąca (plus minus 2 tygodnie), a w międzyczasie niezalecane jest opalanie, dlatego zastanów się, czy na pewno chcesz to zrobić latem.

środa, 20 czerwca 2012

Gdzie się podziały stragany z warzywami i owocami?

   Plastikowa żywność, genetycznie modyfikowane owoce i warzywa, produkty z chemicznych plantacji, uprawiane na masową skalę… To jedyne artykuły, jakie znajdziecie w super i hipermarketach w dziale warzyw i owoców. Jeśli sądzicie, że jednak przesadzam, powąchajcie marketowe pomidory, albo przyjrzyjcie się ogórkom gruntowym. Niedawno trafiłam na całą skrzynkę ogórków-bliźniaków, jakich nigdy, przenigdy nie spotkałam na wiejskim polu.

   Ci, którzy mają zwyczaj przechadzania się na targi i bazary z pewnością są w stanie potwierdzić, jak różnią się w smaku, zapachu i kształcie tamtejsze owoce i zielenina. Nie każdy jednak z tych czy innych powodów ma na targ po drodze. Dla ów osób chorzowski rynek był przez ponad 20 lat miejscem, w którym mogli się zaopatrzyć w świeżą żywność, sezonowe warzywa, owoce, grzyby, kiszonki i nabiał. Właściciele straganów codziennie wczesnym świtem jeździli do dostawców po najświeższe produkty, prosto z ogrodu. Mimo, iż w ostatnich latach plac pod estakadą zdominowała branża odzieżowa, to jednak te kilka straganów z warzywami było nie tylko oblegane, ale i niezbędne.
   Na pewno znajdą się osoby, które w tym momencie powiedzą: chwila, przecież w marketach żywność jest tańsza, a różnicy w smaku nie czuję. Nie dajcie się zwieźć! Jakość żywności ma istotny wpływ na długość naszego życia, odporność na alergie i choroby, sprawność fizyczną i intelektualną. Tak naprawdę produkty pochodzenia roślinnego swoje substancje odżywcze (czyli witaminy i minerały) posiadają tylko w okresie swojego naturalnego cyklu życia. Trzymane w lodówkach, foliach i workach tracą te właściwości bardzo szybko i w rezultacie okazać się może, że ze 160 mg witaminy C obecnych w natce pietruszki zostanie ich okrągłe 0.

   Remont estakady zmusił właścicieli straganów warzywnych do likwidacji stoisk na rynku, jednak zdecydowana większość z nich znalazła sobie nowe miejsca w samym centrum Chorzowa. Mimo, że prace remontowe zakończą się za ok. rok, budki nie wrócą. Warto więc odwiedzić ich nowe lokalizacje, bowiem jakość produktów jest tam bezkonkurencyjna, ceny jak najbardziej przystępne, a sprzedawcy ze szczerym uśmiechem witają znajome twarze.

   Poniżej przedstawiam listę stoisk:

1.       W delikatesach RAJ (Rynek 11, po schodkach) swoją siedzibę znalazły 4 budki: warzywa i owoce, nabiał, kiosk z chemią i Pan z odzieżą zza rogu.
2.       Przy ulicy Katowickiej, na odcinku między Rynkiem a Teatrem Rozrywki znajdują się 2 sklepy z przeniesionymi z  Rynku straganami: mięsny i warzywny. W obu kupicie też nabiał.

3.       Przy Placu Hutników (pętla dawnej 12-tki), między barami z parasolami całkiem okazale ulokował się sklep z warzywami i owocami. Nie sposób przeoczyć.


   Gorąco zachęcam do dzielenia się informacjami, zawartymi w tym artykule, bowiem wiele osób jeszcze nie wie, gdzie znajdują się ich „stare” stragany, a sprzedawcy muszą od nowa radzić sobie z super-hiper-konkurencją.


środa, 9 maja 2012

Rzucisz palenie z Allenem Carrem !


   Każdy znany mi palacz chciałby przestać palic. Niektórzy otwarcie dzień w dzień narzekają na swój nałóg i w kółko powtarzają, że muszą rzucić palenie. Inni, chcący zamanifestować pozorną kontrolę nad swoim życiem mówią, że palą, bo lubią i że wcale nie chcą rozstawać się z nałogiem. Jednakże i oni od czasu do czasu rzucają lub ograniczają papierosy, by po trudnym okresie abstynencji z ulgą sięgnąć po nikotynę.
Wśród palaczy panuje opinia, że będąc w szponach tego nałogu, nie pozbędziemy się go do końca życia. Pamiętam doskonale scenę, która rozegrała się w pierwszej edycji polskiego Big Brothera. Janusz, późniejszy zwycięzca programu rzucił palenie 10 lat wcześniej. Przez ten okres czasu dzięki silnej i niezłomnej woli nie zapalił ani jednego papierosa. W rozmowie z palącymi współlokatorami wyznał, że gdyby w tym momencie zapalił z nimi ten jeden jedyny raz, wróciłby do nałogu.

   Palaczom, wydaje się, że istnieją tylko dwie drogi, którymi mogą pójść. Albo będą palic dalej, ciągle i do końca życia. Będą wydawać majątek na coraz droższe wyroby tytoniowe, kaszleć, budzić się z przepalonym gardłem i trząść, kiedy znajdą się w miejscach i sytuacjach, w których nie będą mogli zapalić. Alternatywa jest taka, że rzucą palenie, przybędzie im gotówki, nie będą musieli wychodzić w trakcie spotkań towarzyskich i dusić się w palarni, ale za każdym razem, kiedy ktoś przy nich zapali, będą odczuwać nieprzyjemne uczucie braku czegoś. Będą marzyc o papierosie w sytuacjach stresu, po posiłkach, przy piwie i wtedy, gdy zwykle w rutynie swojego życia sięgali po papierosa. Będą zazdrościć palaczom, że palą a jednocześnie nie będą chcieli zaprzepaścić tego, co udało im się osiągnąć. Do końca życia będą użerać się z tym, że rzucili palenie.


   Jakie rozwiązanie byłoby ziszczeniem pragnień, dotyczących palenia każdego palacza? Móc palic 2 papierosy dziennie? Papierosy w cenie pudełka zapałek? Nieszkodliwe papierosy? (Przecież są papierosy bez nikotyny- ilu znasz palaczy, którzy regularnie się w nie zaopatrują?). A może MÓC CZUC SIĘ DOKŁADNIE TAK, JAK WTEDY, ZANIM WYPALIŁO SIĘ SWOJEGO PIERWSZEGO PAPIEROSA? Przyjrzyj się osobom niepalącym z twojego otoczenia. Oni nigdy nie poczuli dyskomfortu, związanego z tym, że nie palą. Nie mają poczucia braku, nie użerają się z żadnym, dotyczącym palenia deep fearem. Ile palacze dali by za to, żeby poczuć się dokładnie tak, jak właśnie ci niepalący?

  Mam zatem znakomitą wiadomość dla tych, których dotyczy problem palenia, dla osób, które zmagają się ze swoim czy bliskich nałogiem. Otóż jest pewien facet, facet który już nie żyje, a który stał się moim idolem na wielu polach. Facet, który opracował i opisał metodę Easyway, czyli łatwy sposób na rzucenie palenia. Poza tym, że jego metoda jest naprawdę łatwa i przyjemna, jej ponadczasowa skuteczność polega na tym, że po przeczytaniu książki naprawdę czujesz się, jakbyś nigdy w życiu nie palił.



   Książka napisana jest w taki sposób, że czytelnik czuje się, jakby cały czas rozmawiał z Allenem. Carr był palaczem przez 40 lat, a zanim odkrył, jak pozbyć się nałogu wypalał do 100 papierosów dziennie.  Wskazuje on na wszystkie, ale to wszystkie powody, wymówki, wątpliwości i frazesy, jakimi posługuje się osoba uzależniona od nikotyny i obala ich zasadność. Przykładem niech będzie zadanie osobom, które twierdzą, że lubią palic, pytania: czy smakował ci twój pierwszy papieros? Okazuje się, że tak naprawdę każdy palacz ciężko pracował na to, żeby się uzależnić, znosił wstrętny smak i ksztuszenie podczas pierwszego zaciągania. Bo w istocie palacze to najczęściej osoby o najsilniejszej woli. Z tym, że rzucenie papierosów dzięki silnej woli to jedna z dwu alternatywnych dróg dla palacza, które opisałam wyżej. Metoda Easyway to trzecia droga, tak naprawdę jedyna skuteczna. W swojej książce Carr usunie czytelnikowi pranie mózgu, które w istocie jest odpowiedzialne za to, iż sądzimy, że uzależnienie papierosowe tkwi głównie w psychice.

   Ostatnie pół roku w moim otoczeniu było istną plagą pozbywania się nałogu. Mój dom zawsze pełen papierosowego dymu jest dziś zupełnie od niego wolny. Domy znajomych, którzy również sięgnęli po książkę Carra także pozbyły się tytoniowego obciążenia. Metoda ta jest genialna, absolutnie rewolucyjna i w 100% skuteczna. Ja sama nie palę od grudnia, a papierosy odstawiłam po drugim przeczytaniu książki. Za pierwszym razem nie zadziałała, ale już wiedziałam, w jaki sposób ją czytać, by osiągnąć cel. Dla jednych czytanie jednego rozdziału dziennie będzie optymalne, inni połkną książkę w 2-3 dni. To kwestia bardzo indywidualna.

   Pełen tytuł książki brzmi: Allen Carr „ Łatwy sposób na rzucenie palenia”. Książka dostępna w księgarniach w cenie ok. 30zł, jest też wersja ebookowa, którą można pobrać za darmo, a także audiobook (również dostępny za free). 



   Jeszcze jedna, niezwykle istotna informacja: podczas czytania książki Carr nakazuje palaczowi cały czas palic. Wskazane jest nawet, by palił więcej niż zazwyczaj i w żadnym wypadku nie próbował się ograniczać. Zatem bierzcie i czytajcie, bo niczym, zupełnie niczym nie ryzykujecie, a w najgorszym wypadku będziecie palic dalej.