czystasoda@gmail.com

środa, 27 czerwca 2012

Depilacja laserowa

     Depilacja laserowa, czyli tzw. epilacja to ostatnio jedna z najpopularniejszych metod, mających na celu trwałe pozbycie się owłosienia. Klientki i klienci walą drzwiami i oknami do salonów kosmetycznych, żeby zdążyć przed latem, a każdego na taki zabieg stać. A to za sprawą nowej technologii, która jest o wiele tańsza, niż znane do tej pory lasery, na których skuteczna seria zabiegów na jedną część ciała sięgała kilku tysięcy złotych. Wiele salonów kosmetycznych zaopatrzyło się w kombajn, przynoszący zyski z depilacji, usuwania przebarwień i fotoodmładzania. Powstały sieci centr kosmetycznych, zajmujące się tylko i wyłącznie depilacją laserową, z wystandaryzowanym cennikiem (każdy pojedynczy zabieg 99zł). Wiele takich miejsc, aby przekonać niezdecydowanych klientów, sięga po różne techniki promocyjne: a to pierwszy zabieg gratis, albo zapłata dopiero za widoczny efekt, tudzież intratne oferty na serwisach typu Groupon. Korzystając z jednej z takich promocji postanowiłam sprawdzić, ile tak naprawdę warta jest ta cudowna usługa.

    Wykupiłam karnet na 3 zabiegi w jednym z zabrzańskim salonów kosmetycznych. Zdecydowałam się na depilację bikini. Polecono mi ogolić się dzień przed zabiegiem. Przeciwwskazaniami było m.in. opalanie się w ostatnich tygodniach i przyjmowanie środków, zawierających beta karoten (z uwagi na możliwość wystąpienia trwałych przebarwień). Depilacji nie można było przeprowadzić w miejscu, w którym mam tatuaż. Na pytanie, czy zabieg jest bolesny, dowiedziałam się, że wszystko zależy od odporności na ból.


      Zabieg. Sam zabieg wyglądał tak, że rozebrana do połowy kładłam się na kozetce, a na oczy dostałam specjalne okularki, chroniące przed światłem lasera. Kosmetyczka wysmarowała miejsce depilacji grubo żelem i przystąpiła do dzieła. To, co przeżyłam, to był istny koszmar. Nie przypominam sobie jakiegokolwiek zabiegu, może poza dentystycznymi bez zastosowania znieczulenia, który byłby równie bolesny. Byłam cała spocona i modliłam się, żeby to się już skończyło. Na szczęście zabieg trwał dosłownie kilka minut, a ból odczuwałam tylko w momentach ukłuć laserem. Potem nie miałam ani podrażnień, ani opuchlizny i wszystko wyglądało normalnie. Kolejny termin dostałam po 4 tygodniach.

   Skuteczność. Jestem po serii wszystkich trzech zabiegów, a jedynym zauważalnym efektem jest wolniejsze tempo wzrostu włosów i są one cieńsze. Jednak daleko temu do statusu trwałego braku owłosienia. Sądzę, że potrzebne byłoby jeszcze co najmniej dwa razy tyle zabiegów. Myślę też, że niektórzy, jak było w przypadku kosmetyczki, do której chadzałam, mają spore szanse powodzenia już po czterech zabiegach. Skuteczność zależy bowiem w dużej mierze od rodzaju owłosienia. Laser diodowy uderza impulsem w barwnik, zawarty we włosie, a to powoduje jego spalenie. Im grubsze i ciemniejsze włosy, tym skuteczniejsza depilacja. Na włosach blond metoda może w ogóle nie zadziałać. Kolejnym czynnikiem wpływającym na skuteczność depilacji jest faza wzrostu, w jakiej znajdują się włosy. Spośród trzech faz, tylko jedna gwarantuje skuteczne usunięcie włosków. Stąd też konieczna jest seria zabiegów, której ilości nie można z góry przewidzieć.

Podsumowując: 



·         Jeśli masz jaśniejsze i cieńsze włosy depilacja laserowa najprawdopodobniej nie będzie skuteczna.

·         Jest to zabieg bardzo bolesny i musisz być na to przygotowana. Pocieszające jest to, że trwa krótką chwilę.

·         Nawet jeśli cena pojedynczego zabiegu jest przyzwoita, pamiętaj, że efekt osiągniesz dopiero po serii, a wiec pomnóż kwotę przez co najmniej 4-8 razy.

·         Odstępy między zabiegami trwają około miesiąca (plus minus 2 tygodnie), a w międzyczasie niezalecane jest opalanie, dlatego zastanów się, czy na pewno chcesz to zrobić latem.

środa, 20 czerwca 2012

Gdzie się podziały stragany z warzywami i owocami?

   Plastikowa żywność, genetycznie modyfikowane owoce i warzywa, produkty z chemicznych plantacji, uprawiane na masową skalę… To jedyne artykuły, jakie znajdziecie w super i hipermarketach w dziale warzyw i owoców. Jeśli sądzicie, że jednak przesadzam, powąchajcie marketowe pomidory, albo przyjrzyjcie się ogórkom gruntowym. Niedawno trafiłam na całą skrzynkę ogórków-bliźniaków, jakich nigdy, przenigdy nie spotkałam na wiejskim polu.

   Ci, którzy mają zwyczaj przechadzania się na targi i bazary z pewnością są w stanie potwierdzić, jak różnią się w smaku, zapachu i kształcie tamtejsze owoce i zielenina. Nie każdy jednak z tych czy innych powodów ma na targ po drodze. Dla ów osób chorzowski rynek był przez ponad 20 lat miejscem, w którym mogli się zaopatrzyć w świeżą żywność, sezonowe warzywa, owoce, grzyby, kiszonki i nabiał. Właściciele straganów codziennie wczesnym świtem jeździli do dostawców po najświeższe produkty, prosto z ogrodu. Mimo, iż w ostatnich latach plac pod estakadą zdominowała branża odzieżowa, to jednak te kilka straganów z warzywami było nie tylko oblegane, ale i niezbędne.
   Na pewno znajdą się osoby, które w tym momencie powiedzą: chwila, przecież w marketach żywność jest tańsza, a różnicy w smaku nie czuję. Nie dajcie się zwieźć! Jakość żywności ma istotny wpływ na długość naszego życia, odporność na alergie i choroby, sprawność fizyczną i intelektualną. Tak naprawdę produkty pochodzenia roślinnego swoje substancje odżywcze (czyli witaminy i minerały) posiadają tylko w okresie swojego naturalnego cyklu życia. Trzymane w lodówkach, foliach i workach tracą te właściwości bardzo szybko i w rezultacie okazać się może, że ze 160 mg witaminy C obecnych w natce pietruszki zostanie ich okrągłe 0.

   Remont estakady zmusił właścicieli straganów warzywnych do likwidacji stoisk na rynku, jednak zdecydowana większość z nich znalazła sobie nowe miejsca w samym centrum Chorzowa. Mimo, że prace remontowe zakończą się za ok. rok, budki nie wrócą. Warto więc odwiedzić ich nowe lokalizacje, bowiem jakość produktów jest tam bezkonkurencyjna, ceny jak najbardziej przystępne, a sprzedawcy ze szczerym uśmiechem witają znajome twarze.

   Poniżej przedstawiam listę stoisk:

1.       W delikatesach RAJ (Rynek 11, po schodkach) swoją siedzibę znalazły 4 budki: warzywa i owoce, nabiał, kiosk z chemią i Pan z odzieżą zza rogu.
2.       Przy ulicy Katowickiej, na odcinku między Rynkiem a Teatrem Rozrywki znajdują się 2 sklepy z przeniesionymi z  Rynku straganami: mięsny i warzywny. W obu kupicie też nabiał.

3.       Przy Placu Hutników (pętla dawnej 12-tki), między barami z parasolami całkiem okazale ulokował się sklep z warzywami i owocami. Nie sposób przeoczyć.


   Gorąco zachęcam do dzielenia się informacjami, zawartymi w tym artykule, bowiem wiele osób jeszcze nie wie, gdzie znajdują się ich „stare” stragany, a sprzedawcy muszą od nowa radzić sobie z super-hiper-konkurencją.


środa, 13 czerwca 2012

Rebel Garden w WPKiW

   Dziś słów kilka o moim ulubionym miejscu na Śląsku, czyli o Wojewódzkim Parku Kultury i Wypoczynku, od niedawna mieniącym się Parkiem Śląskim (ileż protestów z tego powodu). Otóż przemierzając Park wzdłuż i wszerz, czy to po ścieżkach spacerowych, czy trasami rowerowymi, warto zatrzymać się na (dłuższą) chwilę przy bramie wejściowej Zoo. Znajduje się tam bowiem nad wyraz ciekawe miejsce, Rebel Garden.


   Pub/kawiarnia/bar (a czasem koncertownia) powstała pod koniec 2010 roku jako terenowa wersja chorzowskiego Rebel Baru (poprawcie mnie, jeśli się mylę!), by w końcu przejąć punkt ciężkości całej inicjatywy kubańsko-rebelianckiej piwiarni, w której leją się strumieniami browary z czterech stron świata (jednak głównie ze strony wschodniej).
   Miejsce jest o tyle specyficzne, że z racji usytuowania w centralnym miejscu Parku, gdzie w godzinach szczytu przewijają się setki przeróżnych osób, do momentu zamknięcia Zoo jest na pozór dość typowym pubem i piwiarnią. Można tam coś skąsić, można posiedzieć i wybrać napitek z nieco szerszego, niż przeciętny, repertuaru. Ogródek sąsiaduje z wybiegiem dla zwierząt z Zoo, co stanowi ciekawą atrakcję. Jednak po zmroku Rebel niepowtarzalnego klimatu. Schodzą się tam osoby bardzo ciekawe, z nieco cięższych klimatów muzycznych. Nierzadko można tam spotkać graczy w karcianki, planszówki, czy RPG-i.

   O płynnym menu nie sposób nie wspomnieć. W Rebelu możecie zamówić bardzo nietypowe piwa z przeróżnych zakątków świata w bardzo przyzwoitych cenach. Absolutnym hitem jest jagodowe piwo z kija (czyt. lane), któremu osobiście przyznaję notę 10/10 !! Podobno pub serwuje również oryginalne czeskie sery, jako zakąski do piwa. Jednak nie miałam okazji spróbować.

   Chętnie podejmowane są też różne inicjatywy muzyczne i kulturalne, m.in. koncerty na świeżym powietrzu, filmy na dużym ekranie, wystawy i festiwale. Wszystko w bardzo nietuzinkowym klimacie. Jeśli wiec następnego popołudnia postanowicie udać się na spacer do parku, a po długiej wędrówce zmorzy Was głód lub pragnienie- udajcie się pod bramę Zoo.

środa, 6 czerwca 2012

Złoty Osioł - Wege Bar


   Kilka dni temu byłam na obiedzie w Złotym Ośle. To wegetariański bar w Katowicach i chyba najbardziej osobliwa restauracja na Śląsku.  Osła poznałam w czasach liceum. Został mi polecony przez znajomą, która była jedną z najbardziej ekscentrycznych osób, jakie w życiu poznałam: joginka, buddystka, wegetarianka i do tego dziennikarka. Nic dziwnego, że bywała tam regularnie, bo to miejsce właśnie takich ludzi przyciąga.


   Od mojej ostatniej wizyty, jakieś 4 lata temu tak naprawdę nic się nie zmieniło. Wystrój pozostał ten sam, bardzo klimatyczny, ciut hinduski, trochę krishnowski. Nigdy do końca mi nie odpowiadał z uwagi na pastelowe barwy i trochę zbyt śmietnikowe meble. Niemniej jednak wszystko to tworzy bardzo specyficzny klimat, który, jak podejrzewam, po zmierzchu zyskuje na przytulności (zawsze bywałam tam w porze obiadowej). Na uwagę zasługują ręcznie malowane elementy na ścianach, suficie i w toalecie, które podsycają nastrój artyzmu.


   Bar jak stał kiedyś, tak stoi i dziś. Za szklaną szybą wzrok przykuwa ogromna różnorodność najdziwniejszych potraw. Wszystko oczywiście bez mięsa. Znajdziecie tam tarty z najdziwniejszymi dodatkami, kilka rodzajów lazanie (ze szpinakiem, z brokułami, czy jogurtowo-dyniowa), naleśniki z nadzieniem ruskim posypane obficie słonecznikiem, spaghetti z serem pleśniowym,  zupy, musake czy warzywne ratatuj. Menu każdego dnia różni się i wprost nie sposób przywiązać się do jednej, ulubionej potrawy. Jedyne, co się zmieniło od czasów liceum, to wprowadzenie kartek z nazwami potraw, czyli zabieg, któremu Osioł opierał się latami, a który ułatwiłby egzystencję całym pokoleniom kelnerek (te przez 8 godzin swojej zmiany musiały każdemu klientowi cierpliwie tłumaczyć, co znajduje się w dzisiejszym menu).

   Cena obiadu jest stała i wynosi teraz 12 zł. Oprócz gorącej porcji dania głównego dostajemy talerz do bufetu sałatkowego, gdzie nakładamy tyle surówek, ile tylko zdołamy zjeść. Oczywiście każda z nich nieco różni się od standardowych miksów warzywnych, a hitem dla mnie było połączenie arbuza, jabłek i mięty. Napoje zawsze były w Ośle dość drogie, za to raczej nietypowe. Możemy skosztować soków ze świeżych owoców, lemoniady, czy napoju imbirowego. Jest też piwo z dystrybutora w cenie 5zł za małe i 6zł za półlitrowe.


  Strefa gastronomiczna jest bardzo różnorodna, zaskakująca, zawsze świeża, a wykorzystuje się tylko zdrowe jedzenie i naturalne przyprawy. Potrawy podgrzewane są w piecu, nie w mikrofalówce, a w kuchni trwa kreatywne gotowanie od 10 do 22.

   Ludzie Złotego Osła to też interesujący aspekt baru. Odkąd pamiętam obsługę zawsze stanowiły osoby bardzo alternatywne, często w dredach i z kolczykami. Znam kilka bardzo ciekawych śląskich osobistości, które kiedyś, daawno temu przewinęły się przez Osła. Klientela jest również bardzo ciekawa, jednak niskie ceny dużych posiłków ściągają i typowych bywalców barów mlecznych.


   Złoty Osioł znajduje się w centrum Katowic, przy ulicy Mariackiej 1 (obok budynku starego dworca PKP lub dawnego Mega Clubu). Osioł otwarł swoją filię również w centrum Sosnowca, a wielkimi krokami zbliża się otwarcie filii w Gliwicach. Z moich informacji wynika, że aktualnie trwa nabór członków załogi do gliwickiego wege-baru.

środa, 30 maja 2012

Klub muzyczny Zanzibar


  Klub muzyczny Zanzibar powstał w 2000 roku i przez niemalże cały ten okres czasu był jedynym miejscem w Chorzowie, skupiającym osoby z cięższych muzycznych klimatów. Pierwotnie odbywały się tam typowe rockoteki, raczej undergroundowe, jednak wspominane wciąż z sentymentem przez dawnych bywalców. W następnych latach Zanzibar ewoluował, optymalizując swoje działania tak, by trafiły w konkretny target, który jednak byłby na tyle szeroki, że pozwoliłby klubowi utrzymać się na rynku.


  Piątkowe „Move your fat” przez wiele lat ściągały tłumy z całego Śląska. W 2008 roku Zanzi trafiło na pierwsze miejsce ogólnopolskiej klubowej listy rankingowej tygodnika „Wprost” (której kulisy sporządzenia pozostały wielką tajemnicą). Powodami tak spektakularnego sukcesu było urozmaicenie muzyczne, wprowadzające również klimaty lat ’70 i ’80, a także zamknięcie gliwickiej dyskoteki „Bravo”, gdzie swego czasu odbywały się największe rockoteki w regionie. Z biegiem lat piątkowa muzyka zmieniła się do tego stopnia, że z rockowych brzmień pozostało kilka kawałków, a cała playlista odzwierciedlała muzyczne preferencje dja. To spowodowało, że zmieniła się grupa piątkowych gości, a stali bywalcy zaczęli szukać alternatywy. Kilka miesięcy temu właściciel zaczął na nowo promować piątki hasłem „Back to the roots” i choć nie wszyscy się jeszcze przekonali, osobiście uważam, że nastąpiła bardzo pozytywna zmiana.

  Oprócz ostrych piątków, soboty zarezerwowane były na nieco inne klimaty muzyczne i tak zostało do dziś. Przez pewien czas odbywały się imprezy drum’n’bass, jednak nie zdobyły zbyt wielu fanów. Ten rodzaj muzyki nie był jeszcze zbyt popularny, a wstęp na imprezę kosztował dwa razy tyle, co wjazd na piątkowe rockoteki. Później zdarzały się eventy w klimatach house i electro, by w końcu, w pierwszej połowie 2011 roku na stałe wprowadzić dwa cykliczne wydarzenia. Pierwszym jest Reggae Fest.


  Reggae Fest to impreza, skupiająca się wokół muzyki reggae, dancehallu, ragga, dub, jungle etc. Każda edycja ma swoje gwiazdy, występujące na kameralnej scenie, oraz djów, dbających o dobry muzyczny klimat do rana. Do tej pory pojawili się m.in. Bob One, Marika, Mesajah, Ras Luta, Radikal Guru, Junior Stress. Z założenia te eventy wydawały mi się fantastyczne, jednak za każdym razem wracałam przedwcześnie i rozczarowana. Czegoś brakuje tym wydarzeniom i nawet wśród znanych polskich tancerzy panuje przekonanie, że w poszukiwaniu dobrej dancehallowej imprezy na Reggae Fest wybierać się nie warto.

  Mniej więcej raz na dwa tygodnie, w soboty Zanzibar przejmuje grupa ORD, która od roku działa prężnie na Śląsku, organizując jedyne w swoim rodzaju imprezy taneczne. Duet DJów Orange Rain Drop zdobył sobie rzesze fanów, którzy podążają za nimi od klubu do klubu. Sekretem tak obleganych imprez jest działalność grupy w internecie, nastawiona na zadowolenie fanów. Przed każdą imprezą na fanpage’u wydarzenia tworzona jest playlista, do której propozycje zgłaszają sami imprezowicze. Dzięki temu zmęczeni muzyczną papką bywalcy klubów mogą bawić się dokładnie przy takiej muzyce, jaką chcą. Na imprezy zapraszany jest zawsze profesjonalny fotograf, który całą noc krąży wśród gości. Nazajutrz wszystkie zdjęcia dostępne są w internecie na fanpage’u pomarańczowej grupy. Dodatkową atrakcją imprez ORD są tzw. pszczółki, czyli autorskie, pomarańczowe shoty przy barze w promocyjnej cenie.


  Od 2000 roku Zanzi było wielokrotnie przebudowywane. Surowy klimat piwnicznych murów przypominający typowe krakowskie kluby został ostatecznie zastąpiony nieco nowoczesnym, electro-designem z masą ekranów. Za każdym rogiem natknąć się można na przedziwne elementy, od surrealistycznych obrazków, desek sedesowych z drutem kolczastym, po maskę wiszącą na ścianie, która, gdy się jej włoży do ust palec, wydaje dźwięk. Pod tym względem Zanzibar zawsze mnie zaskakiwał.

Kilka lat temu klub został powiększony o górny poziom z osobnym wejściem od ulicy 3-go maja. W tygodniu otwarta jest tylko góra, która nosi nazwę ACID. Jest to wygodny, ekskluzywny lokal w bardzo chilloutowym klimacie. W weekendy część ACIDu zamienia się w palarnię, do której nie można wejść na wdechu i wyjść zupełnie świeżym.


  Ostatni remont i zmiany uruchomiły w Zanzi kuchnię, w której urzęduje naprawdę świetny kucharz. Oprócz dań kuchni całego świata szczególnie polecam pizze. Kuchni można zakosztować zarówno w tygodniu, jak i podczas weekendowych imprez.


Klimat: 9/10
Kuchnia: 10/10
Szansa spotkania kogoś interesującego: 8/10
Toalety: po zmianach 7/10
Ceny: 5/10 (niestety Zanzi drożeje)

środa, 23 maja 2012

Zumba z Reglą


  Dzięki wiosenno-letniej inicjatywie Multi Fitness Clubu, miałam okazję zakosztować Zumby® w zupełnie nowym wydaniu. W ostatnią niedzielę w Parku WPKiW na dużym kręgu tanecznym pojawiła się Regla Maria Hernandez-Madej. To bardzo znana osobistość w kręgach tancerzy latyno-amerykańskich. Regla urodziła się na Kubie i przez wiele lat zdobywała tam doświadczenie taneczno-choreograficzne. W 2009 roku przyjechała do Polski i od tego czasu robi furorę jako instruktor tańców afro i latino w wielu klubach na Śląsku. Regla w tym, co robi doszła do perfekcji, a jej kunszt można podziwiać na międzynarodowych festiwalach i warsztatach. Od września 2011 roku, uzyskawszy licencję instruktora Zumby®, Regla prowadzi zajęcia nie tylko w szkołach tańca, ale i w klubach fitness.

  Zumba® z Reglą naprawdę przybiera zupełnie inną formę. Jest przesycona kubańskimi rytmami, bardzo seksowna, pełna uśmiechu i gorrrąca. Wydaje mi się, że taka właśnie była Zumba® w pierwotnym wydaniu Alberto Pereza, twórcy tego stylu. Może dlatego odniosłam wrażenie, że była to najbardziej koedukacyjna Zumba® i że panowie odnaleźliby się w niej równie dobrze, jak panie.

  Instruktorka cały czas bawi się tańcem, nie powiela usilnie schematów, a jej ruchy są naturalne. Regla czuje muzykę nawet wtedy, gdy nic nie leci z głośników. Poza tym jest bardzo charyzmatyczna i tańcząc z nią ma się to poczucie, że obok nas stoi gwiazda.


  Reglę możecie zobaczyć na youtubie, natomiast zajecia, zarówno Zumby, jak i tańców latino (m.in. salsy, rumby, cha-chy, bachaty) prowadzi w Szkole Tańca Nova, TITO, w Multi Fitness Clubie, w Snake Dance (Częstochowa) i w Green Point w Sosnowcu.

środa, 16 maja 2012

Multi Club: Magda i akcja w WPKiW


  Dzisiejszy tekst poświęcony będzie dwóm elementom. Zrecenzuję bowiem zajęcia aerobiku, prowadzone przez Magdę M. oraz pasmo cyklicznych wydarzeń fitnessowych, których organizatorem jest Multi Club z Chorzowa.

   Mniej więcej pięć lat temu, szukając odpowiedniego i spełniającego większość ze stawianych przeze mnie warunków klubu na Śląsku, zdecydowałam się na członkostwo w Multi Clubie, mieszczącym się jeszcze wtedy przy ulicy Ryszki. Nie wytrzymałam tam długo, najwyżej kilka miesięcy. Sporo było rzeczy, które zniechęcały  do zajęć. Wiecznie wypełniona po brzegi sala i brak miejsca do ćwiczeń, śliski parkiet, zbyt cienkie, nieprofesjonalne karimaty, od których bolał kręgosłup i które można było wykręcać z potu uczestniczek poprzednich zajęć. I półkilogramowe hantle. Moja zmora w większości klubów, które odwiedzałam.

   Instruktorki też były różne, niektóre zostawiały wiele do życzenia. Jednak były co najmniej dwie takie, których zajęcia bardzo lubiłam. Jedną z nich jest właśnie Magda M. Najbardziej zdumiewa mnie jej energia. Niejeden producent napojów energetycznych mógłby skorzystać na takiej współpracy. Treningi z Magdą są bardzo szybkie, skoczne i męczące. Zawsze wprowadza elementy kick boxingu, wykopy i częste zmiany kierunku ruchu. Sama jest jak piłka albo raczej jak sprężyna. Bardzo głośno wydaje polecenia i ma tę cenną umiejętność, polegającą na motywowaniu uczestników dzięki emanowaniu energią.


Na zajęcia z Magdą możecie wybrać się do Chorzowskiego Multi Clubu oraz do COB fitness clubu w Katowicach. Magda prowadzi również zespół cheerleaderek „Orion” przy Zespole Szkół Sportowych nr 1 w Chorzowie (dawna SP nr 5).

   Od czasu mojego członkostwa w MultiClubie wiele się zmieniło. Między innymi lokalizacja (teraz mieści się przy ul. Gałeczki), częściowo kadra instruktorska, a także, i to szczególnie rzuciło mi się w oczy, strategia promocyjna i marketingowa klubu. Jednym z innowacyjnych elementów PR-u jest niewątpliwie cykl bezpłatnych zajęć fitness, które Multi Club organizuje w każdą niedzielę o godzinie 12 w południe w parku WPKiW na dużym kręgu tanecznym.  Miejsce jest o tyle trafne, że posiada rewelacyjną akustykę. Często nawet w profesjonalnych salach fitness nie doświadczymy tego uczucia wnikania muzyki w każdą komórkę ciała. A przy wysiłku jest to szczególnie pomocne.


   Kolejnym plusem jest ogromna przestrzeń, pozwalająca na pełen zakres ruchu, a więc skuteczniejszą i przyjemniejszą gimnastykę. Jeśli chodzi o kwestie organizacyjne, poza małymi problemami technicznymi, związanymi z komputerem, z którego puszczana była muzyka, wszystko było dopięte na ostatni guzik. Wiem z doświadczenia, że przy takich przedsięwzięciach różnie to bywa, a za niedociągnięcia często nie ponosi winy bezpośrednio organizator. Jednak w tym przypadku Multi Clubowi należy się wielka pochwała, a ponieważ zajęcia w Parku rozpoczęły się dopiero tydzień temu, może być już tylko lepiej.


   Na kręgu tanecznym spotkali się młodzi i starzy, kobiety i mężczyźni. Bez oporów, bez wstydu, niesieni muzyką i mobilizującymi okrzykami instruktorki. To jedna z nielicznych okazji, gdzie osoby nie do końca przekonane do tej formy zajęć ruchowych, mogą bez żenady spróbować swoich sił. Jedyną rzeczą, która mi osobiście przeszkadzała, był od czasu do czasu wdychany dym papierosowy jakiegoś nieeleganckiego gapia. Proszę, trzymajcie używki z dala od sportu albo przeczytajcie wcześniejszy artykuł !

W najbliższą niedzielę w Parku odbędzie się Zumba !