czystasoda@gmail.com

środa, 5 września 2012

Lokale w Parku: Zielona Dolina



   Zielona Dolina to kolejny parkowy lokal, który postawił się tuż obok Róży i niewiele później. Bardzo przyjemne miejsce z ciepłym wnętrzem, oszklonym ze wszystkich stron i dwoma ogródkami piwnymi. To tu najchętniej przysiadają spacerowicze, którzy ominąwszy hamburgerownie przy kapeluszu, rzuciwszy ciekawskim okiem na polową siłownię po drodze, ujrzą stoły i ławy pod parasolami. 

   Piwa są różne, a ich ceny niezbyt wygórowane.  To samo tyczy się pozostałych napojów. W barze dostaniemy również wszelkie mocniejsze alkohole. Jednak co najważniejsze, lokal posiada własną pizzerię. Niestety, pizze są w jednym rozmiarze (32cm), co nie pozostawia klientom dużego wyboru. Ceny przeciętne. Smak- niezłe, ale polecam Margheritę z sąsiedniego pieca.


   W Zielonej Dolinie jest dużo miejsc siedzących (to chyba największy lokal ze wszystkich), dlatego jeśli próbujecie się wcisnąć gdziekolwiek, by obejrzeć np. mecz, rozpoczynający Mistrzostwa Europy w piłce nożnej, najprawdopodobniej znajdziecie tam stołek.

   W każdy piątek odbywa się karaoke, na którym atmosfera jest kameralna, wręcz rodzinna (co wcale nie znaczy, że nie ma chętnych). Repertuar jest naprawdę imponujący, prowadząca bardzo sympatyczna, nagłośnienie bardzo dobre, a jedynym minusem jest fakt, że trwa do 23:00; jednak około 21:00 kończą się zapisy (co wynika z nie do końca przemyślanej strategii organizacyjnej).

Cena piwa: od 5zł
Cena pizzy: ok. 20zł

środa, 29 sierpnia 2012

Lokale w Parku: Róża


   Doskonale pamiętam czasy, kiedy by napić się piwa w Parku i nie zapłacić miliona dolarów, nie siedzieć w towarzystwie przyjęcia komunijnego i nie wdychać woni czterodaniowych potraw, zamawianych przez siedemdziesięcioletnich znajomków, odprawiających urodzinowy obiad w jednej z parkowych restauracji, trzeba było usiąść na trawie (Tyskie jeszcze nie postawiło ławek) i ostentacyjnie walić z gwinta w miejscu publicznym, co nie podlegało wówczas karze (ustawa, która zbiera srogie żniwo ilekroć coś się dzieje na Mariackiej weszła w życie dopiero w 2001 roku). Wtedy chodziło się do Parku głównie w celach rekreacyjno-sportowych, bo piwo zdecydowanie lepiej smakowało na miejskiej ławeczce i właściwie nikt nie łączył piątkowo-sobotnich wieczorów z pobytem w jakże pięknym za dnia, a zupełnie nie imprezowym w nocy WPKiW.

   Tak naprawdę pierwszym lokalem, który nie podpadał pod żadną subkulturę, nie opowiadał się po żadnej ciemnej ni geriatycznej stronie mocy i najbardziej przypominał typowy miejski pub, była ulokowana niemal przy samej głównej bramie do Parku, Róża. Tłumnie schodzili się tam uczniowie, absolwenci i nauczyciele najbardziej prestiżowego ogólniaka w Chorzowie, a także połowa Tysiąclecia. Klimat był taki, jak bywalcy, jednak całość trzymała poziom, a knajpa mogła sobie pozwolić na wygórowane ceny zarówno piwa, jak i drinków.


   Początkowo lokal sezonowy, otwierany z pierwszym wiosennym promieniem słońca i zamykany na cztery spusty z pierwszym podmuchem listopadowego wichru, odkrywszy, że zahartowani, młodzi piwosze (a nie, jak początkowo- parkowi spacerowicze) żądni są pleneru o każdej porze roku, zainwestował w szklane ściany, a później zmodernizował po całości swą infrastrukturę, by dopasować się do potrzeb swego nowego, acz stałego i nieocenionego targetu.

   Bingo! Pozostałe lokale skwapliwie wzięły z Róży przykład i powstały. Masowo. Tuż po sąsiedzku, czy raczej bliźniaczo do tego stopnia, że część klienteli wciąż nie łapie się w tym, w którym aktualnie lokalu siedzą i przenosi się z knajpy do knajpy z piwem, które aktualnie sączą. W efekcie podliczając dzienny utarg okazuje się, że więcej z kasy rozeszło się na zapłatę kaucji za butelki (która wynosi 1zł, słownie: jeden złoty), niż osięgnięty przychód ze sprzedaży piwa w ogóle. Lokale, które powstały najpóźniej nie przechodziły już tak spektakularnych modernizacji i od fundamentów zbudowane zostały w postaci zimowych ogrodów. Konkurencja konkurencją, jednakże pocieszeniem niech będzie fakt, iż naśladowanie jest najszczerszą formą pochlebstwa (choć gdy mówimy o biznesie, ich właściciele z pewnością są innego zdania).

   Skoro mowa o konkurencji, to fakt, iż w miejscu, gdzie kiedyś Róża walczyła z nadmiarem gości, cisnących się drzwiami i oknami o każdej porze dnia i roku, teraz stoją 4 knajpy (plus kilka kolejnych zaledwie paredziesiąt metrów dalej), wcale tej pionierskiej nie dodał skrzydeł. Ba, moim skromnym zdaniem, poszła ona w najgorszym z możliwych kierunków. Dlaczego?- zapytacie. O ile cała reszta faktycznie trzyma poziom, prześcigując się w atrakcjach, jakie zapewnia swoim klientom (karaoke, wewnętrzne pizzerie, nowe gatunki piwa), o tyle Róża postawiła na techno-disco-polowe imprezy, na które ściągają podpici, albo nie, zalani, goście, najadłwszy się do syta w Hawaii lub Zielonej Dolinie. A i oni postoją kilkanaście minut, patrząc na pusty parkiet, odstawią pustą butelkę po piwie (przytarganą z Zielonej Doliny) i chwiejnym krokiem udadzą się w stronę przystanku, gdzie nie tną komary i jest dziwnie, o kilka stopni Celsjusza cieplej.


   I tylko weterani, pamiętający dobre czasy, którzy siadają zupełnie z boku, żeby utrzymać w polu widzenia swoje wypasione fury i błyszczące motocykle, rozglądają się za znajomymi twarzami z przeszłości i sączą czternastą szklaneczkę coca-coli.

środa, 8 sierpnia 2012

London Pub- jedyne autentyczne miejsce, gdzie leją czarnego jak smoła Guinessa


   Początek liceum. Wycieczka objazdowa po Anglii i Szkocji, zorganizowana przez szkołę. Mgliste, rześkie powietrze, wiktoriańskie wnętrze katedry, w której nocowaliśmy, zaskakująco niewielki Big Ben, imponujący London Bridge, barwne i tętniące freakowym życiem Camden Town, rozległy, zielony Hyde Park, długa, pełna modnych sklepów Oxford Street, a przede wszystkim zimny, gęsty i czarny jak smoła Guiness, lany hektolitrami w każdym angielskim pubie.


   Londyn to miejsce oderwane od rzeczywistości, które pojawia się w moich wspomnieniach jako mroczna i tajemnicza siedziba książek o Sherlocku Holmsie, to znów jako gwarny i tętniący życiem dwadzieścia cztery godziny na dobę, kosmopolityczny tygiel, w którym wydarzyć się może wszystko.

   Po powrocie z wycieczki chcąc jeszcze przez chwilę pozostać w londyńskim klimacie, udaliśmy się do jedynego miejsca, w którym było to możliwe. Odwiedziliśmy chorzowski London Pub. I byliśmy pod ogromnym wrażeniem.

   London to knajpa inna niż wszystkie. Powstała 13 lat temu i od samego początku głównym jej założeniem było oddanie klimatu mglistej, starej Anglii. Witryna, stylizowana na oldstyle angielskiego pubu, londyński zegar nad wejściem, panorama miasta nad Tamizą wkomponowana w butelkową zieleń ścian, undergroundowe toalety, mroczne, ale zawsze czyste i schludne. Cały arsenał najlepszych alkoholi, a co najważniejsze, jedyny w mieście prawdziwy, beczkowy, zimny, gęsty i czarny jak smoła Guiness, sprowadzany wprost z Wysp Brytyjskich.

   Magia tego miejsca ma wiele oblicz. Oprócz wystroju, który jest absolutnie autentyczny, niezmienny i nie ma w nim krzty kiczu (tak łatwo osiągalnego przy próbach stworzenia „egzotycznego” wizerunku), klimat „społeczny” jest wprost nie do opisania. Nieważne czy przychodzisz z grupą przyjaciół, czy usiądziesz sam przy barze (ta druga opcja zdarzała mi się znacznie częściej), za każdym razem poczujesz się w pełni usatysfakcjonowany. Zarówno stali bywalcy, kelnerki, jak i właściciel, często piastujący funkcję barmana, zapewnią dokładnie takie towarzystwo, jakiego w danej chwili potrzebujesz. Z rzadkim wyczuciem potrafią oni podjąć odpowiednie tematy, opowiedzieć ciekawe historie i sprawić, że wszystko nagle stanie się wyjątkowe. To dlatego większość stałych bywalców powraca do London Pubu wciąż i wciąż.



   Postanowiłam polecić wyjątkowo to miejsce z uwagi na jego klasę, niespotykany klimat, otwartość na nowych bywalców i najlepsze w Polsce angielskie, zimne, gęste i czarne jak smoła piwo-Guinessa prosto z beczki.

   Jak trafić? London Pub mieści się przy ulicy Katowickiej 58 w Chorzowie (nieopodal Teatru Rozrywki).

wtorek, 31 lipca 2012

Holiday

Proszę Państwa, Soda na wakacjach. Następny artykuł pojawi się 8 sierpnia. Bądźcie czujni, relaks i wypoczynek wzniecą krytyczny power, aż zaiskrzy!


Udanego wypoczynku życząc tym, którzy mają to szczęście, zmierzam w kierunku zachodzącego słońca.

środa, 18 lipca 2012

Pracownia Fryzjerska Łukasza Golfa


Dziś kolejny wpis z serii polecane.

   W centrum Chorzowa, niedaleko ulicy Wolności, w kamienicy po schodkach znajduje się bardzo kameralna pracownia fryzjerska. Nie myślcie, że pisząc: kameralna mam na myśli salon u Zosi, Krysi, czy pod zardzewiałą brzytwą.


   Mój ojciec zawsze chodził się strzyc do najlepszych salonów. Miał nie lada frajdę, będąc obsługiwanym przez piękne dziewczyny, które za każdym razem fundowały masaż głowy. Popijał kawkę i czuł zapach profesjonalnych kosmetyków fryzjerskich, a potem zostawiał krocie przy kasie. Od pewnego momentu, za każdym razem, kiedy wracał od fryzjera, przekazywał mi pozdrowienia od niejakiego Łukasza, z którym, jak twierdził, chodziłam do szkoły. Nie mogłam sobie przypomnieć nikogo takiego. Co to za Łukasz, który tak dobrze mnie pamięta, a którego w ogóle nie kojarzę?  A że tatko wracał zawsze bardzo zadowolony, postanowiłam raz szarpnąć się za portfel (a dodam, że działo się to wiele lat temu) i odwiedzić ów salon, w którym pracował tajemniczy Łukasz.

   Styl jego pracy, profesjonalizm, pasja i efekty były tak spektakularne i zadowalające, że szybko stałam się stałą klientką salonu i ściągnęłam za sobą połowę znajomych. Oprócz niezwykłego polotu i fachu (w salonie regularnie wysyłano personel na dodatkowe szkolenia, zaszczepiano nowe techniki i trendy), Łukasz okazał się osobą bardzo sympatyczną, towarzyską i zakręconą. Za każdym razem trudno było tak po prostu wstać i wyjść. Tematy kleiły się w nieskończoność.


   W 2009 roku Łukasz zakończył pracę w chorzowskim salonie i przeniósł się do Katowic, gdzie  trafił do jeszcze droższej pracowni. Jako jedyny mężczyzna, pełnił rolę gwiazdy, do której kolejki w zapisach sięgały czasem kilka tygodni w przód. To był okres, kiedy czekałam tylko, aż to się skończy.

   W pewnym momencie padła decyzja, która mogła okazać się ryzykowna, jednak wierzyłam, że będzie najlepszą z możliwych. Łukasz postanowił otworzyć własne studio fryzjerskie. Znalazł odpowiedni lokal, urządził go według własnego pomysłu. Stworzył tam profesjonalną, bardzo specyficzną i kameralną atmosferę. Klienci zawsze dostaną kawę, herbatę, a ostatnio nawet zostałam poczęstowana winem. Z głośników leci przyjemna relaksacyjna muzyka. Kosmetyki, których używa Łukasz to te z najwyższej półki. Ja zapamiętałam sporo L’oreala. Wystarczy zapisać się z tygodniowym wyprzedzeniem i nie ma większego problemu z terminami.

Pracownia Fryzjerska znajduje się przy ul. Truchana 12 w Chorzowie.
Zapisy do Łukasza pod numerem: 517 299 577

Nie, ten artykuł nie jest sponsorowany ;)

środa, 11 lipca 2012

Zumba z Michałem w Multi


   Zumba® z Michałem ostatecznie przekonała mnie do zakupu karnetu w Multi Fitness Clubie.

   Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam na zajęciach fitness prowadzonych przez mężczyznę, tym bardziej byłam ciekawa męskiej Zumby®. Zajęcia okazały się istną rewelacją. Zupełnie inne, niż wszystkie Zumby®, w których do tej pory miałam okazję uczestniczyć. To, co szczególnie zwróciło moją uwagę, to ogromny indywidualizm w sposobie prowadzenia zajęć.

   Michał kondycyjnie dał popalić uczestnikom, fundując serie 2-3 piosenek bez chwili przerwy. I to na pełnych obrotach. Dużo podskoków, biegu, łączenia się w pary, zamieniania miejscami, zmiany kierunku. Repertuar muzyczny wybrał bardzo zróżnicowany. Trochę zumbowych® hitów i sporo dobrze kojarzących się, popularnych utworów (jak kankan czy Cotton Eye Joe Rednexu).  Do tego w ferworze latynoskich przyśpiewek dawał popis wokalny, niczym Ricky Martin przed tysięczną publicznością.

   Podsumowując: do Michała zdecydowanie warto, choć niektórych przerazić może tempo zajęć. Jednak ilość endorfiny, która wydzieli się podczas takiej Zumby® sprawi, że po wszystkim poczujecie się tak, jakbyście właśnie wzięły udział w światowej rangi show.

środa, 4 lipca 2012

Karaoke live w Garażu


   W ostatni czwartek dałam się wyciągnąć na karaoke. Znajomy zaprosił mnie do katowickiego Garażu, bo było to ostatnie karaoke przed wakacjami. Zapewniał, że będę miała o czym pisać na blogu. Tuż po wejściu do środka byłam mocno zaskoczona. Lokal był olbrzymi, 3 duże sale, z których każda nosiła znamiona osobnego baru. Najpierw przeszliśmy przez kręgielnię, potem była sala z kilkunastoma profesjonalnymi stołami do bilarda (tam też na dużych telewizorach puszczany był mecz), aż w końcu wchodziło się do „strefy dla palących”, czegoś na kształt klubu, ze sceną, osobnym dancefloorem i niskimi stolikami, przy których stały na zmianę skórzane sofy i fotele samochodowe. Wszystko utrzymane w klimacie „Shut up and drive”. 

   Zastanawiałam się, czym to karaoke będzie się różniło od wszystkich, na jakich byłam do tej pory. Zamówiłam drogie piwo i czekałam, co się wydarzy. Na scenę wszedł zespół, Friday Feeling.      Najprawdziwsza kapela, jakie grywają przy okazji różnych eventów na dużych scenach, nie jakieś tam weselne keyboardy. Mieli swoją kartę najbardziej popularnych piosenek (każdy znalazł coś dla siebie) i grali w setach. Każdy po ok. 7 utworów. 

   Karaoke prowadziła wokalistka zespołu, niezwykle charyzmatyczna dziewczyna, trochę sroga i przerażająca, za to świetnie radząca sobie z temperowaniem coraz bardziej rozochoconej publiczności. To, co było naprawdę super, to fakt, iż taka forma zabawy eliminowała fałszujących wyjców, zamawiających tuziny piosenek, czy wręcz nie rozstających się z mikrofonem.

   Jeśli chodzi o występ, wszystko było tak pomyślane, by faktycznie uczestnicy karaoke mogli się poczuć jak gwiazdy estrady. Ekrany z tekstem były dyskretnie rozmieszczone ponad głowami gości. Zdecydowanie dominowały występy single, niż duety. Trema większa przed wejściem na scenę, niż, kiedy się już na niej stało.

Ten event trzymał fason na najwyższym poziomie. Po zakończeniu imprezy doszliśmy zgodnie do wniosku, że najprawdopodobniej jest to najlepsze karaoke w Polsce. 

Jeśli możecie mi zaproponować konkurencyjne do tego eventy, bardzo proszę o komentarze i maile. Chętnie przetestuję nowe kluby.

Podsumowując:

Lokal: 10/10
Klimat: 8/10
Prowadząca: 10/10 :D
Ceny: 5/10

Klub Garage znajduje się w Katowicach przy ulicy Dąbrówki 10. 

Zespół mało wypromowany, internetowy researching niewiele pomógł. Mam nadzieję, że dzięki temu wpisowi się to zmieni.

I ważna informacja: karaoke w Garażu zostało zawieszone na okres wakacji. Na kolejną edycję Garage zaprasza w pierwszy czwartek września.